Ku pokrzepieniu serc. Emerytura jest okresem życia dającym , wbrew pozorom, najwięcej możliwości. Nie poddawać się. Nie zamykać. Przypomnieć sobie stare pasje, tworzyć nowe.
poniedziałek, 29 marca 2021
impresja
No i proszę!
Oszustów metodami „na wnuczka” „na policjanta” czy na inkasenta z gazowni - wyłapują. Oszustów matrymonialnych, skarbowych i milion innych, starają się (przynajmniej tak mówią) – też.
A oszust ”na zbawienie wieczne” itp. grasuje w najlepsze. I to w dodatku cynicznie ograbia emerytów. W normalnym demokratycznym i praworządnym państwie zgnił by w kryminale. No, ale przeciez to żebrak, nie ma na zaspokojenie podstawowych potrzeb
I znów kolejny lockdown? Nie można wychodzić?
Ale nic to . Idę do sklepu po jajka. A tam na opakowaniu widzę: od kur z WOLNEGO WYBIEGU>!
I jak tu nie zazdrościć kurom?
Ktoś zrobił naszemu ukochanemu Prezydentowi głupi żart i nagłośnił pewien incydent. Jaki? Otóż pewien znany (przez incydentem trochę mniej, teraz dużo bardziej) pisarz użył określenia. Wg niektórych kwalifikuje się karnie. Na galery albo przynajmniej na karę chłosty. Inni mają wątpliwość. Ja też, choć ta wątpliwość bardzo słaba.
Wpisałem więc do translatora google: słaba wątpliwość
Ostatnio uczyłem się hiszpańskiego więc ten język wybrałem.
tengan un lindo día
wtorek, 2 marca 2021
kampinos
Wstaję skoro świt – a quarter to ten
Patrzę przez okno- puchowy śniegu tren
A żonka proponuje – jedziemy do Kampinosu
Grzech nie skorzystać z takich darów losu
Parking, choć rano, zatkany po uszy
Zwały śniegu, dobrze ze wzięliśmy „apreski”
I kijki. Choć mnóstwo ludków wzięło deski
Czyli biegówki.
Sporo z nich chyba nówki.
Słonko świeci, śnieg już nie prószy
Blisko trzy godziny zleciały jak jedna chwilka
Nie widzieliśmy sarny ani wilka
Wracamy do auta , a Ewelinka
(wygląda jak Wenus z Milo)
Zerka na kroplomierz
Alibo też krokomierz
I słyszę słowa te:
Przeszliśmy dziś 10 kilo!!
A ja na to: je suis fatigué
środa, 24 lutego 2021
pron
Ja się zżymam i wściekam, kiedy wizyta (po co??!) jakiegoś pisiora zabija wywiad z kimś inteligentnym, bo wtedy nie da się tego oglądać. Pokaz chamstwa, nagminne przerywanie wypowiedzi „przeciwnika”, wyuczony przekaz z Nowogrodzkiej, słowotok własny i unikanie odpowiedzi na pytania.
Wyłączam bo mam za słabe nerwy. Dziwie się że ich zapraszają, ale może muszą wykazać się „różnorodnością” by nie stracić koncesji. Co do oglądalności to, przynajmniej w moim przypadku, – spada. Kto to lubi oglądać? Nie wiem.
Ostatnio w jednym z postów użyłem skrótu WRON. Ale przypominam sobie że jeszcze był PRON. Nie pamiętam co to znaczy, ale dobrze pamiętam wierszyk:
PRON cie wzywa
PRON cie broni
PRON cie zawsze
Trzymaj w dłoni
40 lat minęło
40 lat minęło jak jeden dzień
Wstaję wesoły rano z pościeli
Pięknie się łąka za oknem bieli
Śnieg skrzy się, skwierczą już jaja sadzone
Lecz coś tu nie gra. Nie? – pytam żonę
W telewizorze zamiast programu
Czarno. Znów nabroił ten gnom?
Brak Eurosportu, brak TVNu
Co przypomina to? Już wiem WRON!!
Wtedy gdy wstałem, tego poranka
Chce włączyć trojkę- pustka w eterze
Niet telefonów. A młody woła
Że nie ma dziś Teleranka!!
Dobrze! Tak trzymać. Wszak mamy wzorce
I w tej historii mamy wkład duży
Lecz zastanówta się, drodzy moi
Czy aby coś się nam nie powtórzy??
lockdown
Uwaga! ? Nie będą nam tu obcej pisowni narzucać!!
Mimo lokdałnu (tak się pisze, prawda?) odwiedzamy regularnie Puszczę Kampinoską. Chodziliśmy zwykle na Młociny, ale tam tłum. I raz Wróble zaproponowały nam spacerek po Kampinosie. Z parkingu w Wólce (koło …śmieci). I fajnie, i cieszyliśmy się jak dzieci, gdy krokomierz (nowa zabawa) pokazał prawie 4 km. Oto i mamy nowy czelendż – systematycznie zwiększamy dystans. Dziś już zrobiliśmy trasę – poprzez okrężną niebieską doszliśmy do Lasek (1,5 h) i powrót łatwą zieloną (45min). Razem ponad 2 godziny i krokomierz wystukał 9 250 m. Następna bariera 10 kilometrów blisko!!
No i niespodzianka. Natknęliśmy się na woluntariuszy zbierających na WOŚP. Pomimo gróźb ekskomuniki (zaryzykowaliśmy) – wysupłaliśmy co mieliśmy.
I tak to z (dodatkowymi) serduszkami dumni jak nie wiem co, paradowaliśmy po lesie.
tak już bywa
No i mamy niespodziewany obrót spraw. Wróbel napisał piękną muzykę, ale nie mógł znaleźć tekstu który by „siedział”. Tzn współgrał z muzyką.
I niespodziewanie Ewelinka napisała piękny tekst. Wróbel entuzjastycznie zaakceptował. Pójdzie. Oto zajawka:
Tak już bywa wiosną
Trawy bujnie rosną
A ja biegam rosą
Ot- boso
Tak już bywa latem
Miłość rządzi światem
A ja chłonę słońce
Gorące
Tak już jest jesienią
Jabłka się rumienią
Ja zdobywam góry
I chmury
Tak już bywa w zimie
Niedźwiedź w gawrze kimie
Chwytam płatki śniegu
W biegu
refren:
Szukam piękna wszędzie
W lesie, polu, grzędzie
Świat pełen uroku
W słońcu, cieniu, mroku
Zobacz barwy morza
Złote łany zboża
Sprawdź kolory nieba
Poczuj zapach chleba
Smakuj życie
Krótkie jest
niedziela, 21 lutego 2021
***** ***
Ostatnimi czasy często mi niedobrze aż do bólu. Głowa nie wytrzymuje. Serce (a właściwie połówka serca ciągnąca na rozruszniku) wyprawia dziwne harce. Staram się odcinać od TV i moich „ulubieńców” a każdy akt podłości, niegodziwości – odchorowuję. I jednako mnie rusza 80 radiowozów na ulicy Mickiewicza i atak na Capitol. Sk….sko podłe ataki na przyzwoitych ludzi po to by przykryć własne kryminalne postępki. Od samego wyliczania już serce mi kołacze. Nie mogę inaczej. Ale tak będzie rządzić będzie nami mafia. Dopóki będą mieli na swoich (dumnie prezentowanych) sztandarach owe dewizy:
P odłość
I nsynuacje
S zczucie
krótkowidz
Te schody coraz wyższe – skomentował mój sąsiad, spotkany przy wejściu do domu.
Jasne – ja na to – ale dlaczego te torby z zakupami coraz cięższe?
Ponarzekalim sobie trochę i wygadałem się, że wracam właśnie od okulisty. Niektórzy mówią –
okultysta. Oszust jeden, każe mi sprawić sobie nowe okulary a przecież te co
mam, są znakomite. Trzeba tylko dokonać kilku kosmetycznych zmian:
- Tych do precyzyjnej roboty są świetne przy czytaniu książek
- Te w których czytałem książki pójdą do komputera.
- Te od komputera będę używać do oglądania telewizji
- Nie, te od telewizora się nie zmarnują. Coraz częściej potrzebuję wsparcia w
samochodzie. Zwłaszcza po zmroku.
Tyle hałasu o nic. Problem mam tylko przy brydżu. Sprzeczność dialektyczna. Bo muszę:
- Obejrzeć własne karty -
Dostrzec co dzieje się na stole, głównie u dziadka
- Zafilować zręcznie w karty przeciwników.
Ale i tak mam lepiej niż ten baca, z bajeczki Babci Pimpusiowej:
Kiedyś baca krótkowidz z owieczki korzystał
Dziwiąc się, że mu przy tem nie beczy lecz śwista
Dopiero na kolegium mu wytłumaczono
Że wyryćkał świstaka, co jest pod ochroną
tablice rejestracyjne
Z tablic rejestracyjnych można dużo wyczytać.
Hiszpania, Andaluzja. Rok 1984. Wracamy do Algierii z wycieczki po Europie. Przez Hiszpanię i Maroko, bo tak najprościej. Zajeżdżamy naszym „baniolem” świeżo nabytą renówką (R18 kombi), na belgijskich blachach celnych, na parking. Trza wszak coś zjeść, napić się, odpocząć. Samochód, jak inne, sensacji nie wzbudza, ciekawi natomiast Zastava stojąca nieopodal na tymże parkingu. Rozlokowaliśmy się jako tako i ciekawi mnie ta Zastava. Podchodzą bliżej i słyszę (po polsku) „jakiś facet idzie, czego on chce?”. Patrzę i oczom nie wierzę – algierska rejestracja kooperancka -99- CT (Cooperation Technique) nr wilajatu (takie ichnie województwo) 22 czyli Sidi- Bel- Abbes (SBA). Dla ułatwienia- Tlemcen, tam gdzie mieszkaliśmy miało nr 13
Właściciele Zastawy zastygają w oczekiwaniu.
- Dzień dobry – zagajam- jak tam w Sidi- Bel- Abbes? Zbyszek Furdzik jeszcze jest, czy już wyjechał?
Szczęki opadły im tak nisko, że słychać było łoskot. I tak pozostali chyba do dziś.
Podobny przypadek opowiedzieli mi moi przyjaciele z Guelmy (nieopodal Annaby). Wracali po wieloletnim pobycie w Algierii, Peugeotem (na numerach algierskich) do domu, do Białegostoku. I tuż koło domu, w wyludnionym kompletnie mieście mieli stłuczkę. Towarzyszem niedoli okazał się być Peugeot 504. A właściciel?- inny kooperant z Algieru!!!
Nic dziwnego, bo przecie w Białymstoku najpopularniejszym pojazdem musi być Peugeot na rejestracji algierskiej!
A w Libii szybciutko trzeba było szybciutko nauczyć się cyferek arabskich. Tych z których wyrosły nasze cyferki nazywane „arabskimi”. Ono nazywają je – angielskie. Na tablicach rejestracyjnych tylko cyfry arabskie wyst epowały.
Acha – numery lotów na tablicy odlotów na lotnisku - też TYLKO po arabsku>
Niespodziewane spotkania
Mogą być mile i niemiłe. Raczej rzadkie. Ale zawsze niespodziewane.
Kilka przykładów:
Warszawa. Lata siedemdziesiąte. Zaczynam moją przygodę i fascynację staro-daleko-wschodnią grą GO. Jestem stałym gościem GO - klubu i zacięcie trenuje. Gram i też uczę się kibicując tym najlepszym. Widzę że staje kolo mnie jakiś gościu i odzywa się w te słowa:
- że to aż do GO - klubu trzeba było przyjść że by cię spotkać!
Patrzę i nie poznaję- facet z broda (jak i ja) i nic mi nie świta. Dopóki nie przedstawił się: Przemko jestem! Mój najlepszy przyjaciel ze szkoły podstawowej. Później z Liceum Lelewela. Po maturze, na studiach straciliśmy się z oczu. Że aż klubu Go trzeba było by się odnaleźć.
Na dowód – zdjęcie z pierwszych Mistrzostw Polski w GO. Na drugim stole – za Wojtkiem Pijanowskim – właśnie Przemcio.
Trypolis, Libia. Wigilia 1978. Kilku singli (jak i ja) robi w siedzibie naszej firmy (WADECO) skromną wigilię, zostawiając wszelako jeden talerz dla wędrowca. Gdy już dotarłem na miejsce (mieszkałem niedaleko) i rozgościłem się, okazało się, że ten talerz dla wędrowca wyjątkowo w tym roku, się przyda. Jeden z naszych pracowników, mieszkających w Misuracie (ponad 100 km od Trypolisu) postanowił tu przyjechać. Teraz się przebiera po podróży i za chwilę będzie.
Zjawia się.
???Janusz???
???Piotrek???
Mój dobry przyjaciel z pierwszego roku studiów (też na W, więc byliśmy w jednej grupie). Nie przeszedł matematyki na pierwszym roku, przeniósł się na Geodezję. Tak to został wkrótce „skoczybruzdą”. I wyjechał do Libii.
Lanzarote – 2017. Jedziemy na wycieczkę krajobrazowa jeepem po bezdrożach wyspy. Kierowca pyta nas, czy nie przeszkadza na muzyka. I don’t mind – mówię ale coś mnie nurtuje.
Do you like music?– kontynuuje chyba dla poddierżywania razgawora.
Podejrzenie narasta.
Never – mówię. I dodaję: never gonna give you up!
Wybałuszył oczy i bacznie zaczyna mi sie przyglądać
I wice wersal.
GOT YOU!!
O.. sk..ulati!!!
W Algierii pracowałem jakiś czas z Portugalczykiem. Sympatyczny chłopak i miłośnik muzyki. Polubiliśmy się więc. Muzykę lubił a Barry White’a kochał. Przy „Never gonna give you up” doznawał wręcz ekstazy.
Na imię miał Jordi. Nazwałem go Osculati, no bo jak można inaczej nazwać Portugalczyka! Podchwycili to i inni, no i jego prawdziwe imię gdzieś znikło.
Było to w latach 80’. 30 lat temu!!
A teraz już słyszę, że z głośnika leci Barry White.
piątek, 15 stycznia 2021
pada snieg
Za oknem zima. Pada śnieg. Rzecz to, w ostatnich latach niezwyczajna. A kiedyś (nie tak dawno była to normalka).
Pół wieku temu mieliśmy swa Mekkę zimową. Był to Szczyrk. I zaprzyjaźnieni gospodarze. Zaprzyjaźnieni do tego stopnia, że zapraszali na nawet na Święta. Zaraz po wigilii w 1 dzień Bożego Narodzenia zasuwaliśmy do Szczyrku. Gdy dotarliśmy, przebijając się przez zaspy w okolicy Częstochowy, gospodarz - stary Urbaniec (Wacek), już napalił w piecu u nas, a Urbańcowa (Kaśka) miała przygotowany gorący świąteczny obiad. Zdarzały się (rzadko) i bezśnieżne zimy ale generalnie byliśmy zasypywani.
I tak to któregoś wieczora, za oknem prószy śnieg, a gospodarz woła mnie potajemnie do swojego „gościnnego” pokoju. Zachodzę ci ja tam, a tu za stołem siedzi jakiś facet. Otwarte pół litry i zapraszają mnie do kompaniji. Trunkowy to ja znowu nie jestem, ale gburem nie chcę się okazać. Siadam i strzelamy pierwszą lufę na przywitanie. I nagle Urbaniec pyta mnie, czy wiem z kim mam do czynienia. To jest - uświadamia mnie - wicemistrz świata w skokach, legenda polskiego narciarstwa – Łaciak.
- Antek jezdem – mistrz funduje mi grabulę
- Piotrek – odpowiadam zaszczycony
- no to napijmy się.
Za oknem sypie śnieg.
I tu cofamy się jeszcze dalej. Pamięć już nie ta, więc może szwankować, ale było to jakoś tak:
Im bardziej pada śnieg
Bim bom
Im bardziej sypie śnieg
Bim bom
Im bardziej prószy śnieg…
- A mówiłeś że pada śnieg, Puchatku
- Tak ale to było przedtem, Prosiaczku
- Przed Bimbomem?
- To był inny Bimbom
- Acha
…Jak biały puch z poduszki
I nie wie zwierz czy człek
Bim bom
Choć żyłby cały wiek
Bim bom
Gdy pada taki śnieg
Bim bom
Jak marzną mi paluszki
- Puchatku, zamiast „paluszki” powinno być „uszki”
urodziny
Dostałem sporo życzeń, oj różnych, różnistych
Życzenia zdrowia, kasy. I przekleństw siarczystych.
A grono mych przyjaciół, w tym także Puchatek
Andrus,
Skaruch, Maliniak,\
profesor Filutek,
Krewki Kmicic, pan Michał, Podbipięta wielki
Pan Onufry powtarzał: precz, precz smutek w szelki!
Pan Kleks i Hamilton
co ze mną się zamienił
na banknocie (aliści tu bym nieco zmienił:
wziął stówkę zamiast dychy). I sprzedawca węża
i mrówka, która - widać że się nadwyręża.
Jaś Fasola
też przybył, z prezentem zalega.
I Zorro przystojniaczek:
Diego de la Vega.
Brakuje Pana Sułka, lecz Pani Eliza
Mówi, że się z „Koronki” jeszcze nie wylizał.
Prosiaczek , Kłapouchy, Gajowy Marucha,
Także Alcest, Maksencjusz, Rufus - wszyscy tu cha-
rakter swój pokazali. Lecz najlepszy prezent
dostałem od Stocha, którego wspomagali
Żyłka, Kuba.. i reszta. Co tu będziem dali
gadać – Jesteście Wielcy. Za prezent dziękuję.
Za rok proszę to samo. Bo sam nie spróbuję.
Ps. A teraz z żonką (to moje słonko)
Idziem na pyszne jedzonko
Ps2. Nie mają już o czym pisać, bo przecie
pisali i o mnie w gazecie
sobota, 5 grudnia 2020
Wielki Mistrz Waligórski
Szklanka do połowy pusta
Albo pełna.
Komunikat: dziś zanotowaliśmy 574 zgony
Radosny komunikat TVP: dziś zwolniły się 574 łóżka
Nie wiem co o tym myśleć, ale oddam głos ekspertowi
Niezapomniany Andrzej Waligórski:
Udzielał raz wywiadu kotek, że jest zdrowy,
Wtem uszki mu opadły, oczki wyszły z głowy,
Pękł mu brzuch, ogon, płuca i głosowa struna,
Wreszcie zdębiał, ocipiał, zesrał się i umarł. Amen.
Posłuchałem przypadkowo (nie zdążyłem przełączyć) jakiegoś niedo- rzecznika z sekty i tych bredni nie jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć. Aby kompletnie nie ocipieć udałem się po pomoc do mojego guru – Andrzeja Waligórskiego.
Raz chory niedźwiedź pierdział, budząc miłosierdzie
A suseł mu oklaski bił po każdym pierdzie.
Czy ten suseł zwariował? - spytał dzięcioł śledzia.
Nie - śledź odparł - to rzecznik prasowy niedźwiedzia.
PULS
Puls wyznaczający ważne wydarzenia z życia.
Małe, jak np. cotygodniowy turniej brydżowy,
Średnie, jak miesięcznice (sorry, ale nie mogłem sobie odmówić tego żartu),
Duże jak coroczny wyjazd na narty w Dolomity (passé.), czy na letnie wakacje
Te największe. Kiedyś to był Plan Pięcioletni (małolaty niech spytają dziadków co to było). Dziś do nich należy wyznaczający pięciolatkę Konkurs Chopinowski. Uczestniczę aktywnie w tym wydarzeniu od 60 lat (!!).
W tym roku konkurs przełożony (a mam już zakupione bilety) i puls zanika!
Dla odświeżenia – garść nietypowych wspomnień.
Na początek miniaturka nr 1:
Rok 2015. Atmosfera senna, gdy na estradę wychodzi Chińczyk Julian Jia. Pierwsze takty etiudy chromatycznej stawiają mi uszy do góry. Wykonanie niebanalne, I can’t help feeling, że to już słyszałem. Grane z taką nutką swingu, że nie sposób zapomnieć. Było to chyba na eliminacjach do poprzedniego Konkursu. Ale ten facet (a może to babka) zupełnie nie podobny…. Wracam do domu i odszukuję program sprzed 5 lat. Mam! Ten sam facet. A mój dopisek na tej stronie programu: „geniusz”
I tu refleksja. Nie potrzebne nam żadne systemy identyfikacji i inwigilacji ludzi. Zdradzi cię wykonanie etiudy chromatycznej!!
PULS cz 2
Migawki z Konkursu Chopinowskiego. Z różnych lat.
dziś miniaturka nr 2:
Francuzki grają koncert nr 2 f-moll.
Rok 2010. Do finału dociera Francuzka Helene Tysman. Jej gra, bardzo wrażliwa, doskonale pasuje do muzyki Chopina. Cudowne, nietypowe wykonanie finału sonaty b-moll stawiało ją w rzędzie moich faworytów.
Ale wrażliwość do pewnych granic. W finałowym wykonaniu koncertu f-moll Helene tak się zasłuchała w piękno tej muzyki, że zapomniała ze to ona sama gra!! I nie weszła w odpowiedniej chwili, po wstawce orkiestrowej. Klops. Ale publika i tak ją nagrodziła olbrzymimi brawami.
No i cofamy się do roku 1990. Też finałowy koncert gra Caroline Sageman. I tutaj publiczność (w tym i ja) z przerażeniem widzi (i słyszy), że Caroline sam finał gra koncertu gra dowolnie. Losowo wybrane klawisze, byle w tempie i tonacji.
- Coroline, co się stało – zapytałem ją.
– Nic wielkiego (?!). Po prostu sam awans dojścia do finału był takim zaskoczeniem, że nie przygotowałam koncertu!! Ale i tak jestem bardziej niż zadowolona.
Fakt. Wtedy faworytem ekipy francuskiej był Philippe Gusiano.
Aby zobrazować to, co potencjalnie utraciliśmy, voici finał koncertu f-moll. Dłuższy czas miałem to na dzwonku telefonu. Dla zobrazowania – kilka fotek z Warszawy nocą.
A ja wciąż żyję konkursami Chopinowskimi
Tego gościa udało mi się poznać.
Osobiście!!
Garrick Ohlsson
W konkursach chopinowskich największy szok lat siedemdziesiątych to...nie, nie, wcale nie Christian Zimmerman, lecz Garrick Ohlsson. Zwalisty chłop o rękach jak bochny chleba, ale gdy grał zwiewne etiudy to, jak pięknie określił to Waldorf, 2 bochny chleba zamieniały się w 2 motyle fruwające nad klawiaturą. Gdy udało mi się wejść na jego występ III etapu, byłem w siódmym niebie. Mącił ten radosny fakt jeden szczegół: otóż w programie była sonata h-moll, której nie rozumiałem, nie ceniłem i odpokutowywałem niemalże każde jej wykonanie. Po prostu przecudowna sonata b-moll tak usunęła ją w cień. Aliści pierwsze dźwięki tejże sonaty postawiły mi uszy do góry, w drugiej części usłyszałem po raz pierwszy całe jej bogactwo i piękno a w finale padłem plackiem i nie podniosłem się. Te 15-minutowe brawa, podtrzymywane na siłę przez jakiegoś maniaka, słyszalne na płycie (nagranie na żywo z przesłuchania) TO JA!
Historia zatacza kręgi
gdy u schyłku lat osiemdziesiątych dowiedziałem się, że do Warszawy przyjeżdża Garrick Ohlsson, z niecierpliwością i wypiekami czekałem na koncert. Tym bardziej że w programie były wszystkie 3 sonaty Chopina; b-moll (nie wymagająca rekomendacji), h-moll której wykonanie właśnie przes Ohlssona dokładnie wstrząsnęło mną i przewróciło świat do góry nogami, oraz c-moll (wg Webera niesłusznie pomijana i zapomniana).
No i co?
Nic.
Nuda proszę pana. Wykonania przefilozofowane, młodzieńcza werwa gdzieś odleciała, finał sonaty h-moll który porwał w 1970 nawet staruszki z wózków, beznadziejnie wolny i cichy.
Na bis (niewiadomo po co) claire de lune przy którym mało nie usnąłem, bo trwało chyba z pół godziny.
Jak widać nie tylko wykonania głośne i szybkie są zadziwiające.
Zgarniamy całą PULĘ
Zgarniamy całą PULĘ
Swego czasu, na przełomie wieków, odbywały się chętnie tzw „rodzinne Kongresy Brydżowe”, zwane popularnie wczasami brydżowymi. Zrazu w Augustowie, potem w Olecku, poczem zmarły śmiercią naturalną. Ja, zagorzały uczestnik tychże (nawet mam stosowne puchary) odczuwałem dotkliwie ich brak. Ale życie nie znosi próżni, jest przecież Pula na Chorwacji. Okolica atrakcyjna, pogoda ładna, a dodatkową atrakcją miał być start w turnieju teamów. Zapowiedział przyjazd z Ameryki Jarosław Kukliński, który przed laty grał w parze z Witoldem Sobotkowskim. Byli oni bardzo silną i liczącą się w świecie brydżowym parą, toteż z radością przyjąłem propozycję gry z nimi w teamie.
No i końcu ruszamy, po drodze nocleg w Mikulovie. Pierwsza rzecz – włażę pod prysznic. A tu niespodzianka – ręczniki, a owszem, dali ale rozmiar taki raczej ścierki do naczyń. Jakoś udało się wytrzeć i idę na recepcję po wymianę, ale słyszę (!) że są zaświnione i pani ich nie wymieni (na większe). Przy odjeździe dostajemy wino z domowej winiarni. Dziękujemy, ale na pytanie dlaczego nie dostaliśmy wczoraj? – słyszymy: cobyśta się nie schlali!
I tu jednak należy docenić troskę o gości.
Wreszcie dotarliśmy do Puli i kongres się rozpoczyna. Przy stoliku z nami – sam Andrzej Wilkosz. Prowadzący mówi o regulaminie, m.in. nie wolno stosować otwarcia 2 karo Wilkosza.
- znów ta dyskryminacja – mruczy pod nosem Wilkosz
- Nie znają się - ja na to – i się boją.
- Na pewno. Ale wiecie - tu zmienił temat - że na ten kongres przyjechał Jarek Kukliński z USA?? Będzie grał z Sobotkowskim. Kiedyś jak grali razem, to nazywali ich Buba i Wowa (!). Nie zdziw się zatem, (to do mnie) jak ktoś zawoła „Wowa” – że to nie do ciebie.
- Pewnikiem się nie zdziwię, – odparłem – tym bardziej że gramy w jednym teamie!
- Oh, naprawdę!?
Zagraliśmy, raczej bez sukcesów. Czas jednak robi swoje.
Sukcesem był wycieczki. Wspaniale zachowane Fażana i Rovinj, a przede wszystkim sama Pula z okazałą rzymską areną.
No i przede wszystkim nie można ominąć słynnych Plitvickich jezior i wodospadów. Kawał drogi, ale warto było wstać bladym świtem i zrobić fotki na półwyspie Istria.
Sukcesy brydżowe? – tylko tyle (i aż tyle) że dogoniłem wpisowe.
Wracamy, już z pełną premedytacją z jednym tylko (ale jakim!) przystankiem. Jak było do przewidzenia musieliśmy odwiedzić jaskinie w Postojnej Jamie.
I już o 5 rano byliśmy w domu.
Tyle wrażeń na jeden wyjazd – można by rzec, że zgarnęliśmy całą pulę
środa, 11 listopada 2020
zima za pasem
Zima za pasem. I dotąd tak nie było, by w zimie odpuścić sobie narty. Jestem uparty i nawet w Afryce szukałem sposobności by sobie pojeździć (lecz nie poszusować). I w trakcie mojej „kariery narciarskiej” spotykałem fajnych i interesujących a nierzadko sławnych ludzi.
Rok 1953.Jeździmy z rodzicami do Zakopanego i tata ćwiczy nas na oślich łączkach w okolicy Jaworzynki. Zbudował skocznię, na której osiągaliśmy niebotyczne odległości rzędu 3-4 metrów. Tata też skakał i szczęki nam opadały gdy mierzyliśmy jego 10-metrowe skoki.
Raz wyczailiśmy zawody dla takich jak my. Zapisaliśmy się. Z góralami jeżdżącymi już christianią (równolegle) nie mieliśmy dużych szans (my ledwo pługiem). Aliści jeden knypek zabił wszystkich – jechał łyżwą, czyli krokiem ślizgowym. Dowalił wszystkim i tym o 5 lat starszym. Zafascynowani zaczęliśmy indagację.
- Gdzie się nauczyłeś tak pięknie jeździć? Tutaj, na Jaworzynce?
- psecies tutaj to ośla łącka. Ja jezdze na Kasprowym!
- A ile masz lat, jak się nazywasz?- chcieliśmy wiedzieć wszystko na raz
- sześć lat. Jestem Andrzej Bachleda. Curuś.
Podroślismy na tyle, by zamieszkać na Hali Gąsienicowej w Murowańcu. By się tak dostać trzeba zjachać z Kasprowego. Daliśmy radę. W nagrodę patrzymy kto trenuje na stoku na Hali?? - sam Mistrz Polski Ciaptak. W nagrodę mamy zdjęcie
1963. Mieszkamy w Kuźnicach w zbiorówce (10-osobowa sala z piętrowymi pryczami). Dlaczego tam?- by załapać się do kolejki po miejscówki na Kasprowy przed pierwszym autobusem (6:20). Dla niewtajemniczonych: bilet nabywało się bez kłopotu za 10zł. Miejscówkę w wielogodzinnych bólach za 1zł 20gr. Te na czarnym rynku dochodziły nierzadko do 100zł. Razem z nami chłopcy z WKN – niesłychanie zdolni Piotrek Bogusławski i Tomek Wiński zwany szczeżują. Ten ma za duże buty i co rano słyszymy:
Konie buty, chodzą struty
Przez te konie buty małpy
Ale boys, co sam widziałem na stoku – jeżdżą wspaniale.
Aha, do niedużego plecaka weszły tylko najniezbędniejsze rzeczy. Smardonart i książka do matmy (byłem na 1 roku Politechniki). Nawet jej nie otworzyłem.
1964. „Zdradziliśmy” Zakopane na rzecz Szczyrku. I tutaj – niespodzianka - są chłopcy z WKN. Biorą udział w mistrzostwach Polski. Jako chłopcy z nizin szans nie mają, ale jadą dobrze i skutecznie i zostają zauważeni. Szczeżuja przez swą technikę i odwagę. A Piotrek przez elegancję i skuteczność. Ale są przede wszystkim górale. I góralki, takie jak urocza Hania Pustówka, ładna a na stoku szybka jak błyskawica. Skumplowaliśmy się i gdy nadszedł czas zawodów- wybraliśmy się na metę. Faworytka była w zasadzie jedna – Grocholska, wygrywająca od lat wszystkie Mistrzostwa. Ale Hania chciała się (?przed nami?) pokazać i po raz pierwszy w historii Grocholska zeszła ze sceny pokonana, ze słowami: mam wreszcie godną następczynię.
Cieszyliśmy się jak dzieci. Ale czas leci.
1965. Znów Szczyrk, tym razem w zjeździe mężczyzn debiutuje nasz „kolega” z Jaworzynki – Andrzej Bachleda. Stajemy na trasie zjazdu przy „piekiełku”. To takie wredne miejsce, gdzie w dołku wciska w ziemię i, jak człek myśli, że już po wszystkim, wlatuje na drugi dołek i kontr-stok. Oj było na co patrzeć.
Woyna-Orlewicz przejechał mięciutko i elegancko i nie było widać kto mógłby z nim wygrać. Ale Bachleda pokazał, że ma zawieszenie jak w samochodach WRC. Wybił się na pierwszym hopku i spadł na drugi, już za przeciwstokiem. Wytrzymał i zdobył pierwsze Mistrzostwo Polski, a ja mu pogratulowałem
Co to? – pytali zdumieni chłopcy z WKN. Znasz go?
- Mój kolega – odparłem (nie)skromnie i urosłem o 15 cm. -Startowaliśmy razem w zawodach.
To jedź z nami na górę - oni na to. Ustawiliśmy bramki do specjalnego (same zawody w slalomie specjalnym odbywały się na Beskidku). Nie mogłem się wycofać.
Przejechałem aż 6 bramek. Na pociechę – miałem na gipsie wszystkie podpisy mistrzów narciarstwa.
A propos – Szczeżuja dał się (po latach) poznać jako ceniony trener narciarski w Polsce i Austrii(!)
Lata ’70. Jesteśmy w Szczyrku z Witkiem Woydą i Grażynką.
Witek Woyda. Nie żyje od kilku już lat. To, że mistrz olimpijki we florecie, to wszyscy wiedzą. Ale jak jeździł na nartach?? Cudownie. Trenował razem z alpejczykami z Wisły Gwardii Zakopane. I nierzadko z nimi wygrywał. Gdy prosiłem Go o pokazanie jego techniki – odpowiadał – to jedź za mną i naśladuj. Nie nadążałem, ale i tak sporo się od Niego nauczyłem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















































