piątek, 20 września 2013

Event Michelina

Nie tak dawno prowadziłem kontrakt dla Michelina. Project Manager łatwo generalnie nie ma, a dla takiego klienta- miałem bardzo ciężko. Zostawiłem tam kawał zdrowia i nerwów, ale również zyskałem sporo znajomości, ba- przyjaźni. Wykorzystałem to niecnie, chcąc zdobyć zaproszenie na spotkanie organizowane przez właśnie Michelina. Znaczni goście z całej Europy, wspaniałe samochody i oprawa, dla niektórych- możliwość przetestowania opon, a tak naprawdę pretekst do przejażdżki BMW serii 6,Porche Carrera
czy Audi tt. A namówił mnie na to mój syn Krzysiek, będący tam głównym koordynatorem jazd, prób, pit-stopów i w ogóle logistyki. Wśród zaproszonych gości znalazł się kierowca wyścigowy, występujący w Top Gear- STIG. Ci co mieli okazje przejechać się z nim- wychodzili na miękkich nóżkach. Mój przyjaciel „Wróbel”- były czołowy kierowca rajdowy po przejeździe Stiga stwierdził: kurde, uczę się prowadzenia samochodu od początku!!
„Event” trwał 4 dni, i zaręczam, że nudzić się było niesposób.

wtorek, 17 września 2013

tenis w porcie

Przypomniały mi się czasy świetności polskiego tenisa. Czasy gdy Fibak prowadził Polskę do boju w meczach ze Szwecją (pamiętny mecz z Borgiem) czy Niemcami. I postanowiłem dopingować naszych na Torwarze w meczu z Australią. Nadzieje na sukces były całkiem racjonalne- mogliśmy liczyć na 2 zwycięstwa Janowicza i jedno Fyrstenberga z Matkowskim w deblu. Mogliśmy, lecz do czasu gdy ogłoszono skład polskiej ekipy- niestety bez Janowicza , co sprowadzało nasze szanse prawie do zera. Bo trudno było marzyć by Kubot czy Przysiężny dali radę dużo wyżej notowanym Hewittowi i Tomicowi. Nie dali rady, choć walczyli dzielnie, i Tomic zdecydowania był w zasięgu obu. W pierwszym dniu Przysiężny, zwany pieszczotliwie Ołówkiem, miał Tomica na widelcu. Zawiodła głowa. Jeszcze bliżej był Kubot, ale też skucha.
Liczyliśmy na debla, który, zgodnie zresztą z przewidywaniami, nie zawiódł. Choć potrzebował do zwycięstwa ponad 3 godzin i 5 setów. „Frytka” z „Matką” nie byli w swojej życiowej formie, dobrze że na Australijczyków wystarczyło. Poszedłem na Torwar z wnukiem i dopingowaliśmy dzielnie naszych. Gra się nie klei, więc czekamy na przebudzenie Matki , bo Frytka gra na swoim poziomie. Wreszcie coś się rusza i piękne zagranie Matkowskiego daje naszym gema. Widziałeś- mówię do wnuka- jak pięknie gra Matka?!
Matka Natura- odpowiada.
I skąd u dzieci takie skojarzenia?
Dzieci są zresztą naszym oczkiem w głowie. Zdarzyło się niefortunnie, że dziewczynka do podawania piłek (tak na oko 8-9 lat) dostała mocno uderzoną piłką z brzuch. Natychmiast zajęła się nią prawie cała ekipa z ratownikami medycznymi włącznie. Wreszcie wstała z zaimprowizowanego naprędce „łóżka”, i podniosła ręce do góry w geście: nic mi ni jest! Dostała brawa większe niż tenisiści męczący się niemiłosiernie na korcie.

piątek, 13 września 2013

Waters


W latach 70’ poznawałem muzykę Pink Floydów. Coraz dokładniej i w końcu stałem się zaprzysięgłym fanem tej grupy. Zachwyciłem się suitą „shine on you crazy diamond” z płyty Wish you were here. Ta płyta razem z Dark side of the moon stala się dla mnie symbolem Pink Floyda. Jadąc na reputacji, Pink Floyd pod kierunkiem Rogera Watersa wyprodukował the Wall, i to już było nie to. W końcu Waters odszedł czym ostatecznie wbił gwóźdź do trumny tej legendarnej już grupy. Ja wciąż pamiętając o złotych latach 70, skusiłem się na obejrzenie spektaklu the Wall przygotowanego przez Watersa na Stadionie Narodowym. Spektaklu, nie koncertu, gdyż muzyka była jedynie słabo słyszalnym tłem do widowiska. Ja poszedłem posłuchać muzyki, więc zachwycony nie byłem. Ponury dosyć nastrój potęgowały nietoperze krążące pod kopułą stadionu.
Dla zatarcia wrażenia, czem prędzej, wróciwszy do domu, puściłem sobie starego, dobrego Pink Floyda sprzed trzydziestu-kilku lat.

czwartek, 5 września 2013

limeryk zoologiczny

Jeden z Ośrodków Kultury, wsparty przez jedną z gazet, ogłosił konkurs. Konkursy bywają różne, np. wystartowałem ongiś w konkursie fotograficznym, i zostałem nawet nagrodzony czyli dostrzeżony. Tym razem był to konkurs literacki, a zadaniem był limeryk o przyrodzie. To coś dla mnie, w limeryki bawię się od dawna, spłodziłem już ich spora liczbę w różnych językach (tak dla treningu lingwistycznego).
Niedościgłym „wierszokletą” przez całe lata, ba- dziesięciolecia- był Marian Załucki. Potem pałeczkę przejął godnie Andrzej Waligórski. I jego styl zdominował limeryk, który wysłałem na konkurs:
Zdarzyło się raz wiosną świstakowi,
Że wyryćkał szynszyla w lesie koło grobli
Dzielnicowy wszczął wnikliwe dochodzenie
Lecz zaraz je umorzył, bo wyszło obwieszczenie
Że proceder ten uprawiają tylko bobry.

Mój limeryk nie wygrał – a tłumaczę to sobie małą popularnością barwnego słownictwa Waligórskiego.

poniedziałek, 2 września 2013

impresji muzycznych ciąg dalszy


Koncert f-moll Chopina słyszałem już setki razy, ale takiego wykonania jak Marc- Andree Hamelin nie słyszałem jeszcze. Szczególnie 1 część. Dokładnie słyszałem „the sound of silence”. W najpiękniejszych momentach piano- słychać było że widownia dosłownie wstrzymuje oddech.

Gdy 16-letni Jan Lisiecki stawał w szranki z opromienioną sławą Marią Joao Pires, Filharmonia Warszawska pękała w szwach. W programie są dwa koncerty Beethovena ale i dwoje wykonawców. Siedzący obok francuz pyta mnie czy wiem który koncert zagra Maria Pires. Nie wiem, ale natychmiast przypomina mi się inny koncert sprzed lat:

Alicia de Larrocha w Filharmonii, gra 4 koncert Beethovena. W przerwie, w kuluarowej dyskusji, sam Jan Weber pyta mnie jak podobało mi się to wykonanie. Myślę że Beethoven- trochę się migam - wymaga raczej męskiej ręki. Gra Alicji to raczej pasuje do Debussy'ego czy Chopina. On na to że w zasadzie mam racje, ale IV koncert jest bardzo „miękki” i kobiety niekiedy biorą go na warsztat.
Ekspertem od muzyki wprawdzie nie jestem i staję na baczność jak Weber mówi, ale pamięć mam dobrą. Toteż teraz na pytanie francuza odpowiadam: „czwarty” i powtarzam słowa Webera. Na estradę wchodzi Pires. Pierwsze takty IV koncertu i błysk podziwu w oku francuza- bezcenny.
Ukoronowaniem koncertu były bisy. Otóż zagrali na 4 ręce utwór Schuberta wywołując niekłamany aplauz publiczności. Prześlicznie wyglądało to gdy kłaniali się- ona- 160 cm, on- 190 cm wzrostu.

piątek, 23 sierpnia 2013

Penderecki a Beethoven

Człowiek uczy się całe życie, a życie lubi płatać niespodzianki. I tak to uzbrojony w tę ponadczasowa prawdę szedłem do filharmonii na koncert fortepianowy Pendereckiego. Spodziewałem się (przyznam się bez bicia) czegoś w rodzaju „Jutrzni”, której jeszcze nigdy nie udało mi się dosłuchać do końca. W najlepszym razie „Symfonii Bożonarodzeniowej”. A gdy jeszcze się dowiedziałem że ów koncert miał być czymś w rodzaju „caproccioso”, a po atakach z 11 września kompozytor zmienił go na „epitafium”- spodziewałem się najgorszego. I tu niespodzianka- koncert bardzo odbiega od obiegowych opinii o kompozytorze- bardziej przypomina Strawińskiego czy Bartoka. Kupiłem nawet po koncercie płytę, z własnoręczną dedykacją bohaterów owego koncertu. A więc uwaga!- nie liczmy na najgorsze i nie najeżajmy się zawczasu. Może nas zawsze spotkać miłe rozczarowanie!
Nie rozczarowałem się natomiast na innym koncercie, słuchając V koncertu Beethovena w wersji fortepianowej. Franko-cypryjski pianista i kompozytor Katsaris wziął się za Beethovena zachęcony swą (udaną dość) przeróbką koncertu Liszta. Dokonywał cudów, grając przecie dziesięcioma tylko palcami, partie orkiestralne i solo fortepianu. Przeróbka i wykonanie genialne. Ale Liszt to nie Beethoven- tu struktura muzyczna jest tak gęsta, że fortepian po prostu nie brzmi i nachalnie żąda orkiestry. No, ale to już wiedziałem, więc tej płyty nie kupiłem.

wtorek, 6 sierpnia 2013

grafomania i Mikke

Grafomania przybiera nas sile. To co ukazuje się w naszej gazetce to drobny procent tego co powstaje. Moje dwa blogi: maghrebinietylko.blogspot.com oraz znotatnikapryka.blogspot.com maja już średnio po sto postów. Ale na tym nie koniec. Zacząłem bardziej regularnie pisywać do fachowych periodyków brydżowych i teraz, zgodnie z zapotrzebowaniem, prowadzę aż trzy cykle artykułów. Opinie, o dziwo, są bardzo pozytywne, i jestem czasem porównywany (co bardzo mi pochlebia) do Janusza Korwina Mikke. A ten mistrz lekkiego pióra, pisywał kiedyś w „Brydżu” cykl artykułów pod tytułem „ pewnego razu”. Popularność te artykuły miały niebywałą, sporo czytelników właśnie dla nich kupowało „Brydża”. Ale Mikke już do „Brydża” nie pisuje i pozostało miejsce do zagospodarowania.