czwartek, 21 listopada 2013

następcy Kubicy

Mój przyjaciel, były czołowy rajdowiec Piotr Wróblewski, właściciel renomowanej rajdowej szkoły na Bemowie, był bardzo podekscytowany. Wyobraźcie sobie- mówił- przychodzi jutro do mnie na Bemowo następca Kubicy, będą kręcić o nim reportaż.
Chłopak 17 lat, wygrywa już z dużo starszymi, i został zaproszony do testów przez Ferrari! Będzie jutro w TV! Obejrzałem. Sam Piotr Wrr też pod wrażeniem, wypowiada się że to olbrzymi talent. No i rusza lawina. Po 2 dniach umawiamy się na sesję zdjęciową, a przy okazji Wróbel mówi (troszkę z niedowierzaniem), że zgłosił się do niego tata tym razem 15-letniego mistrza. Sprawdzę co umie- mówi z powątpiewaniem- bo ci rodzice są bezkrytyczni. Przyjeżdżam ze sprzętem foto na Bemowo i widzę Piotra Wrrr ze szczęką opadniętą do kolan. Wyobraź sobie-mówi- że ten młody pod dwóch kółkach pobił rekord toru. Biorę go za tydzień na profesjonalny wyścigowy tor.
Niech Kubica się nie martwi- ma następców!

niedziela, 10 listopada 2013

toczność choda

Byliśmy na wycieczce i teraz chłopaki dyskutują o rowerach. Krzysiek chwali swoją Meridę: sama jedzie, mówię wam! Przejechałem ponad kilometr bez naciskania na pedały, taką ma toczność! -Czy wiecie co znaczy słowo „toczność”?- pytam,- wytłumaczę wam na przykładzie:
Dawno temu, w pracy mieliśmy strasznego kadrowca. Podpisywało się wtedy listę obecności, chodziliśmy do pracy na siódmą, a on zabierał już listę o 7:01. Delikwent potem musiał pisać wyjaśnienia dlaczego się spóźnił, co zajmowało godzinę, nie minutę. Mnie skończyły się już wszystkie wymówki- naprzód zachorowałem ja i cała rodzina, potem brałem udział w różnych wypadkach, uśmierciłem krewnych i znajomych. Napisałem zatem tak:
„Kupiłem budzik produkcji radzieckiej. Ma on napisane: toczność choda (czyli dokładność) - 5 minut. Ja spóźniłem się tylko trzy. Jestem zatem lepszy niż radziecki budzik, proszę więc usprawiedliwić moje spóźnienie.”
Kadrowiec chyba zgłupiał bo odpisał:
„Należy wyrzucić budzik radziecki, a kupić jakiś lepszy”
Lepszy niż radziecki? O nie! Wziąłem pismo i zaniosłem do „popa” (Podstawowa Organizacja Partyjna). I od tej pory kadrowiec już się mnie nie czepiał.
A wy, chłopcy, już wiecie co znaczy „toczność choda”

czwartek, 7 listopada 2013

nie tylko Teneryfa

Nie można pominąć wyjazdu na sąsiednią wyspę Gomerę. Dużo mniejsza od Teneryfy, lecz podobnie podzielona jak nożem na 2 części- suche i słoneczne południe i wilgotną północ. Park krajobrazowy Garajonal, słynący z tzw „deszczu poziomego” (doświadczyliśmy) wpisany na listę UNESCO. Absolutną ciekawostką jest, ciągle jeszcze w użyciu, język gwizdany. Ze względu na znaczne odległości i kłopoty z transportem, tak się ongiś porozumiewali mieszkańcy wyspy. Gwizd nie zastępuje znaczeń, lecz imituje dźwięki, można zatem gwizdać w każdym języku. Języka tego obowiązkowo (!) uczą w szkołach. Na zakończenie prezentacji języka, dwóch tubylców daje pokaz. Ktoś z nas, chowa różne przedmioty, pierwszy z nich opowiada to gwizdem a drugi (nieobecny przy chowaniu), nazywa i odnajduje je bez pudła!
No i odrobina fartu. Kierowca- wesołek, ciekawie opowiadający, nie znający ani w ząb innego języka. Zaczęło się od tłumaczenia dla anglików, a potem robiłem za tłumacza dla całej grupy. Poszło nieźle, czym zaskoczyłem sam siebie.

środa, 6 listopada 2013

Teneryfa


O Wyspach Kanaryjskich było wiele powiedziane. Dla wielu stały się synonimem (szczególnie w czasach PRLu) luksusu gdzie „zdrowa” część społeczeństwa nigdy nie jeździła. A o tym że jest to bardzo ciekawa i przepiękna krajobrazowo część świata nikt nawet nie wspominał. Choćby krater wulkanu- leżący na Teneryfie najwyższy punkt Hiszpanii (ponad 3700 m npm), czy górska wioska z wąwozem Masca. Droga do Maski notabene przewyższa grozą wszystkie znane mi alpejskie drogi. Nasze Polo ciągnęło tylko na jedynce, mieszcząc się z trudem w zakrętach. Nie pominęliśmy też jednego z najwspanialszych w Europie Loro Parku. Na kilku hektarach zgromadzono kilkaset gatunków fauny i flory. Cudowne pokazy delfinów wspaniale współpracujących z ludźmi i wyczyniających karkołomne sztuczki. Orki dowcipnie wykorzystujące swą siłę do ochlapania ludzi siedzących w pierwszych rzędach. Frajerzy zlekceważyli ofertę sprzedaży pelerynek po 3 euro za sztukę, teraz musieli zakupić chyba nowe, suche spodnie i koszule. Foki- wiadomo, zręczne jak mało co, pingwiny w autentycznie zimowej scenerii i tysiące innych.
Odwiedzając stolicę Wysp Kanaryjskich- Santa Cruz, dowiedzieliśmy się że są dwie stolice. Otóż, gdy Gran Canaria urosła w siłę, zrobiła wraz z Lanzarote i Fuertaventurą- rokosz. Niepostrzeżenie ogłoszono Las Palmas na Gran Canaria- nową stolicą. Teneryfa się nie dała i tak to okazało się, że są dwie stolice. Wreszcie zawarto rozejm, i tak to stolica zmienia się oficjalnie co pół roku. Dodatkowym bodźcem wyboru wyjazdu na Teneryfę był chęć praktycznego sprawdzenia języka hiszpańskiego. Bez podpierania się angielskim. Próba wypadła nieźle, a czasami hiszpański był wręcz nieodzowny, jak np. w wypożyczalni samochodów, czy w muzeum w Masca. Albo przydatny jak w Icod de los Vinos, przy degustacji win. Prezentacja szła w slangu polsko-angielskim (tzw: ponglish). Przy próbie jakiegoś tam napoju, pani mówi: to działa jak viagra. Odczekuję chwilkę i protestuję: 5 minut minęło i nic! Panienka zrobiła wymowny gest pt: chodź ze mną to zobaczymy. Nie poszedłem, żona i tak by nie pozwoliła.
Wieczory spędzamy przy muzyce, gdzie trzech (na zmianę) pianistów daje koncerty. Pianiści różnej maści i klasy, jednego udało się wszelako przekonać do zagrania 2 pięknych preludiów Chopina. Drugi- artysta czujący klimat i rytmy, płynnie zmieniający ragtime w swing. Trzeci- znakomity kontakt z publiką, nieomalże koncert życzeń. Szczęśliwy że trafił na kogoś kto rozpoznaje, choć z grubsza, to co gra, przyjął moje pewne sugestie i w ogóle skumplowaliśmy się.

poniedziałek, 14 października 2013

świętokrzyskie

Wiele pięknych miejsc mamy w Polsce. Bardziej lub mniej znane i odwiedzane. Troszkę w cieniu innych sław, egzystują sobie Góry Świętokrzyskie. I na nie właśnie padł nasz wybór. Wybraliśmy gospodarstwo w Tarczku koło Bodzentyna. Po trosze z lenistwa- lokalizacja w samym sercu Gór Świętokrzyskich, wszędzie blisko, zapewnione całodzienne wyżywienie (jak się okazało w praniu- fantastyczne). Po trosze z wyrachowania- był tam stół pingpongowy.
Zaczynamy od Bodzentyna- tamtejszy zamek figuruje, nie bez kozery, we wszystkich przewodnikach i wart jest zainteresowania. Wyławiam z upodobaniem różne kadry i szczegóły, aż tu słyszę podejrzany szmer, i coś niedużego wychynęło zza węgła. Niechybnie dzik, a ja do obrony mam tylko mojego Canona z lufą 500mm. Ciężka, ale czy na dzika starczy?
Wątpliwości rozwiewa sam dzik, odzywając się: good myrning, Porand is very nice, I’m rooking for a good randscape, you know wer dis caster? Tłumaczenie nieskomplikowane, gdyż w porę przypomniałem sobie że japończycy generalnie nie wymawiają „L”. Wymieniliśmy serdeczności i wiadomości co warto w okolicy, i Yukyo Watanabe znikł jak duch.
Z tego co warto, najbliżej było do milenijnego Bartka, dębu- legendy. Sam o własnych siłach już nie stoi, wspiera go potężna rusztowanie. Z atrakcji nie można pominąć malowniczego zamku w Chęcinach- gwiazdy polskiej kinematografii.
Nieopodal Opatów, ze słynnymi krzemionkami i kopalnią krzemu. Dalej Ćmielów znany z porcelany,
co widać po wystawionych okazałych kolorowych nocnikach. I Bałtów, z Parkiem jurajskim, i skanseny i niezapomniana jaskinia Raj, gdzie wchodzących wita Baba Jaga. Dla piechurów mnóstwo ścieżek turystycznych, z wejściem na Łysą Górę oraz na Łysicę włącznie. Nie pomylić się- są to dwie różne góry!. No i jeszcze najładniejszy chyba zamek- Krzyżtopór. Któregoś dnia przyszło nam do głowy, by odwiedzić (bagatelka, 150 km) malowaną wioskę-
Zalipie. Jedziemy wg GPS, a tu droga się urywa. Wracamy, zasięgamy języka, wszystko ok.- trza przejechać przez rzekę. Mostu brak ale jest za to prom! Dodatkowa atrakcja, choć nie tak wielka jak Zalipie. Warto jechać tam nawet i 300 km. Choćby dla samych zdjęć.

środa, 9 października 2013

pokój pacjentom

Pokój pacjenta. Może raczej powinno być „pokój hutnika”, albo „pokój pacjentom” (wstępującym w nasze progi). Ale nie, na drzwiach sali nr 8 (jak to się dawniej pisało) widnieje dumne „pokój pacjenta”. Przyjęto mnie na oddział, na niegroźny zabieg, we środę rano. Naszym czteroosobowym oddziałem opiekuje się dzielna druhna oddziałowa. Sadza nas na korytarzu i znika. Nikt się nami nie interesuje, wykwaterowują naprędce naszych poprzedników. Nagle widzę jak dwóch z naszej czwórki bierze bagaże i zasuwa zająć dobre łóżka. Siedzę trochę osłupiały, a siostra bez osierdzia pyta czy zajmuję (ostatnie wolne) miejsce. Nie było rozkazu- mówię. Patrzy na mnie z politowaniem, a ja czuję się jak przyjezdny spod Wąchocka. Byle do obchodu- myślę sobie- może się dowiem conieco. Wreszcie jest! W ciągu całych 10 sekund poświęconych mi, dowiedziałem się że zabieg przesunięto na piątek, bo mają natłok operacji. Biedacy, dowiedzieli się o tym chyba przed chwilą. Ale dzień więcej- cóż to wobec perspektywy rychłego zabiegu. Obejrzę telewizję- pomyślałem,- na dwójce gra Radwańska. Włączam TV i słyszę: „wrzuć monetę…”. Jeden kanał – szpitalny- bezpłatny. Reszta płatna. Za to obiady dają bez ociągania- o 13:00, a w weekendy to nawet 11:45. Po zabiegu musze odsiedzieć 2 dni dłużej, bo ktoś zapomniał (ten nawał zajęć) wykonać pewne istotne czynności zawczasu. A to w weekend- niemożliwe. Tu, na laryngologii, sporo pacjentów ma udrażniane kanały nosowe. Skutek tego jest różny. Gdy w środku nocy obudziły mnie czołgi na manewrach pod samymi oknami, myślałem że wybuchła wojna. A to sąsiad, chrapiący nawet przed operacją dość głośno. Ale wtedy dało się spać. Trudy „nieprzespanej nocy znojnej” wynagradza żona, przynosząc mi większy, niż zazwyczaj przysługuje, kawałek wyśmienitego imieninowego sernika. I w ogóle opiekuje się mną jak chorym. Może i warto czasami pójść z wizytą do szpitala.

poniedziałek, 7 października 2013

mania brydża

I jeszcze te zarwane noce! Na szczęście bez konsekwencji w pracy. Transmitują na żywo brydżowe Mistrzostwa USA- Spingold, o randze Otwartych Mistrzostw Świata. Za niedługo Bermuda Bowl czyli tym razem już Mistrzostwa Świata drużyn Narodowych. Transmisja z Bali (Indonezja) zaczyna się o 5 rano. Spingold dla odmiany trwa do białego rana.
Śledzę poczynania naszych drużyn na BBO (Bridge Base Online) z fachowymi komentarzami ekspertów. A mamy co oglądać- polska drużyna idzie jak burza, przechodzi eliminacje i kolejne fazy turnieju, by w finale ograć niepokonaną drużynę włoską! A pierwsze skrzypce w naszej drużynie gra Jacek Kalita.
Gdy ok. 20 lat temu tworzyliśmy wspólnie z Maciejem Kalitą drużynę brydżową Spójnia Warszawa, najmłodszym jej członkiem został właśnie 13-letni wówczas Jacek. Gdy skończył 14 lat, wystawiłem go (jako kapitan drużyny) po raz pierwszy do meczu ligowego. Przeciwnicy nie wierzyli własnym oczom, i zanim się połapali o co idzie- przegrali mecz do zera. Dziś Jacek Kalita uważany za jednego z najlepszych graczy świata.