Ku pokrzepieniu serc. Emerytura jest okresem życia dającym , wbrew pozorom, najwięcej możliwości. Nie poddawać się. Nie zamykać. Przypomnieć sobie stare pasje, tworzyć nowe.
sobota, 14 marca 2015
Brok
- Co za brokuł?- nie dosłyszałem
- Jedziemy do Broku na wczasy brydżowe- skorygował mnie kolega, pojedziecie z nami? Łajnot, czyli pur kłapa? Brok blisko, okolica ładna. Wczasy brydżowe takie w zasadzie dla wszystkich- turnieje oficjalnie organizowane przez PZBS, ale poziom wczasowy. Od przyjezdnych spod Pułtuska po arcymistrzów.
I fajnie. I atmosfera wyśmienita.
Pod nosem lasy grzybowe i Bug. Można robić wspaniałe wycieczki a po powrocie usiąść do stolika. Jeden turniej po obiedzie, drugi po wczesnej kolacji. A wieczorem spotkania towarzysko- muzyczne (było gitarzystów trzech!), gdzie to uwidoczniły się ukryte talenty. Na następne takie wczasy też chyba pojedziemy.
czwartek, 5 marca 2015
Maciej Kot
Z tym wolnym czasem na emeryturze nie należy przesadzać, bo inni niecnie to wykorzystują, rzekomo po to, by cię czymś zająć.
Boli mnie ząb, zapisałem się więc do dentysty. Aby ulżyć moim cierpieniom, wpadła sąsiadka z nowym lokatorem. – Przedstawiam ci Macieja kota, fascynujący z niego facet. Ale wylatuje mleczny ząb i strasznie się, biedaczysko, męczy. – poinformowała mnie. - Może trzeba będzie go wyrwać. Umówiłam się wstępnie z Jackiem (nasz znajomy weterynarz). Siedzisz w domu, nie? – Potwierdziłem – To rzuć od czasu do czasu okiem co z Maciejem. Przy okazji może przytniemy mu pazurki. No to pa, lecę do pracy.
Zostałem sam, i nagle, ku memu zaskoczeniu widzę, że ząb Maciejowi jednak wypadł. Sam. Ucieszyłem się. Aż tu dzwoni telefon.
- dzień dobry mówię z gabinetu dentystycznego chciałam potwierdzić wizytę dziś na godz. 17 – mówi sympatyczny damski głos
- dzień dobry, - odpowiadam – ale to chyba nieaktualne – dodaję.
Pani chyba nie zrozumiała, bo drąży temat
- to odwołuje pan dzisiejsza wizytę?
Tak! – potwierdzam- Nie ma sensu, bo ząb sam wypadł.
Panią z lekka zamurowało, więc aby jej nie robić przykrości, proponuję:
- wpadniemy może tylko, aby z lekka podheblować pazurki
Moja interlokutorka wykazała się refleksem
Wie pan- mówi kokieteryjnie- moje pazurki są w niezłym stanie, ale jeśli potem je pan znów pomaluje?
Jedyny lakier jaki miałem w domu to samochodowy do zaprawek. Propozycję, z bólem serca, musiałem zatem odrzucić.
A kot, zadowolony że ominęło go rwanie- wyparował. Patrzę, a on wygrzewa się w słonku na czarnym dachu mego samochodu. Koty to mają dobrze, nawet pazurków lakierować nie muszą.
Boli mnie ząb, zapisałem się więc do dentysty. Aby ulżyć moim cierpieniom, wpadła sąsiadka z nowym lokatorem. – Przedstawiam ci Macieja kota, fascynujący z niego facet. Ale wylatuje mleczny ząb i strasznie się, biedaczysko, męczy. – poinformowała mnie. - Może trzeba będzie go wyrwać. Umówiłam się wstępnie z Jackiem (nasz znajomy weterynarz). Siedzisz w domu, nie? – Potwierdziłem – To rzuć od czasu do czasu okiem co z Maciejem. Przy okazji może przytniemy mu pazurki. No to pa, lecę do pracy.
Zostałem sam, i nagle, ku memu zaskoczeniu widzę, że ząb Maciejowi jednak wypadł. Sam. Ucieszyłem się. Aż tu dzwoni telefon.
- dzień dobry mówię z gabinetu dentystycznego chciałam potwierdzić wizytę dziś na godz. 17 – mówi sympatyczny damski głos
- dzień dobry, - odpowiadam – ale to chyba nieaktualne – dodaję.
Pani chyba nie zrozumiała, bo drąży temat
- to odwołuje pan dzisiejsza wizytę?
Tak! – potwierdzam- Nie ma sensu, bo ząb sam wypadł.
Panią z lekka zamurowało, więc aby jej nie robić przykrości, proponuję:
- wpadniemy może tylko, aby z lekka podheblować pazurki
Moja interlokutorka wykazała się refleksem
Wie pan- mówi kokieteryjnie- moje pazurki są w niezłym stanie, ale jeśli potem je pan znów pomaluje?
Jedyny lakier jaki miałem w domu to samochodowy do zaprawek. Propozycję, z bólem serca, musiałem zatem odrzucić.
A kot, zadowolony że ominęło go rwanie- wyparował. Patrzę, a on wygrzewa się w słonku na czarnym dachu mego samochodu. Koty to mają dobrze, nawet pazurków lakierować nie muszą.
wtorek, 24 lutego 2015
Kosmiczna harmonia
Wracam z wnukiem ze szkoły i, jak zwykle, przepytuję go co tam się dziś zdarzyło.
Mam dwie wiadomości, dobrą i złą- mówi
Dobra: dostałem czwórkę.
A ta gorsza? W dwóch ratach.
Wracam do domu, a tu w skrzynce mail od mojego przyjaciela Przemka.
Też ma dla mnie dwie wiadomości. Dobra to taka- pisze- że wyszła wreszcie książka Świacia o Kosmicznej Harmonii Wszechświata. A ta zła?- tylko po angielsku!
Niedawno zdarzyło mi się recenzować (opiniować) pracę znakomitego profesora filozofii (dla przyjaciół- Świacio). Cóż takiego ta „Kosmiczna Harmonia”? Otóż wszelkie odległości między planetami, można przełożyć na częstotliwości (Hz), czyli wysokości dźwięków. Te z kolei, razem brzmią ładnie albo brzydko. Świacio (przepraszam-Pan Profesor) udowadnia, że ładnie. I udowadnia to na 300 stronach tego dzieła. Ja byłem jednym z recenzentów, jako że:
- W miarę orientuje się tak w matematyce, jak w muzyce.
- A przede wszystkim znam autora osobiście. I to chyba przeważyło
Dowód idzie taką drogą, że po nocach śnił mi się Graucho Marx. Dodatkowym motywem do tej zabawy intelektualnej było żonglowanie po 3 różnych skalach muzycznych. Ten sam dźwięk w jednej skali, np. „alikwotowej”, ma inną wysokość (częstotliwość w Hz) niż w „równomiernie temperowanej” – jak u Bacha. „Komat pitagorejski” i mnóstwo innych sprzeczności dodatkowo „ułatwiało” pracę.
Ogólnie rzecz biorąc całe opracowanie jest niestrawne dla przeciętnego człowieka. Tylko dla szaleńca i to nawiedzonego. Ale tacy z reguły władają angielskim.
Może więc dobrze że nie ma polskiej wersji.
wtorek, 10 lutego 2015
ikony
Zapraszam was na wernisaż moich ikon- powiedziała Krysia Milanowska.
Będzie też i koncert, przyjedźcie koniecznie. Pojechaliśmy. Ikony, jak się dowiedziałem, nie są malowane. Nie jest to też i grafika, więc co? Ikony się pisze!!. Taka nomenklatura. Nazw technik malowania (przepraszam- pisania) nie będę przytaczał, bo to za skomplikowane. Ale końcowy efekt olśniewający.
A koncert? No, bardziej taki dla wszystkich, nie dla koneserów muzyki. Melodie srebrnego ekranu. Wśród innych znalazła się i muzyka do filmu „Pianista” Wojciecha Kilara. Co za muzyka- ktoś powie- przecież to muzyka Chopina wrzucona do filmu, i tyle. Niekoniecznie. Jest i ścieżka dźwiękowa samego Kilara.
Olbrzymimi atutem filmu jest też fantastyczny dobór muzyki Chopina, a to olbrzymia sztuka. Jest taka scena, gdzie nasz bohater ukrywa się w domu, na górze, a na dole stacjonuje sztab niemiecki. Odnajduje go przypadkowo Niemiec, przepytuje go kto zacz i usłyszawszy odpowiedź że rozmawia pianistą, prosi o zagranie czegoś. Pamiętamy, jest wojna, patriotyzm może nas drogo kosztować. I tu Szpilman w swoich pamiętnikach pisze, że zagrał wtedy nokturn cis-moll Chopina.
Żaden tam Beethoven czy Mozart. Chopin!! Ale nokturn, czyli „muzyka nocna” nie pasuje. Tego zdania był Kilar, bo sp0d palców Olejniczaka spłynęła Ballada g-moll.
Ballada ma to do siebie, że zaczyna niemrawo i w trakcie się rozpędza. I tak było, pianista zrazu nierozgrzany, nabiera wigoru i kończy efektownym finałem. Ballada, choć poszatkowana nieco na potrzeby filmu, wpasowała się w tę scenę idealnie. I na tym, na takim doborze (oprócz własnej ścieżki dźwiękowej) też polega wielkość i geniusz Kilara.
Będzie też i koncert, przyjedźcie koniecznie. Pojechaliśmy. Ikony, jak się dowiedziałem, nie są malowane. Nie jest to też i grafika, więc co? Ikony się pisze!!. Taka nomenklatura. Nazw technik malowania (przepraszam- pisania) nie będę przytaczał, bo to za skomplikowane. Ale końcowy efekt olśniewający.
A koncert? No, bardziej taki dla wszystkich, nie dla koneserów muzyki. Melodie srebrnego ekranu. Wśród innych znalazła się i muzyka do filmu „Pianista” Wojciecha Kilara. Co za muzyka- ktoś powie- przecież to muzyka Chopina wrzucona do filmu, i tyle. Niekoniecznie. Jest i ścieżka dźwiękowa samego Kilara.
Olbrzymimi atutem filmu jest też fantastyczny dobór muzyki Chopina, a to olbrzymia sztuka. Jest taka scena, gdzie nasz bohater ukrywa się w domu, na górze, a na dole stacjonuje sztab niemiecki. Odnajduje go przypadkowo Niemiec, przepytuje go kto zacz i usłyszawszy odpowiedź że rozmawia pianistą, prosi o zagranie czegoś. Pamiętamy, jest wojna, patriotyzm może nas drogo kosztować. I tu Szpilman w swoich pamiętnikach pisze, że zagrał wtedy nokturn cis-moll Chopina.
Żaden tam Beethoven czy Mozart. Chopin!! Ale nokturn, czyli „muzyka nocna” nie pasuje. Tego zdania był Kilar, bo sp0d palców Olejniczaka spłynęła Ballada g-moll.
Ballada ma to do siebie, że zaczyna niemrawo i w trakcie się rozpędza. I tak było, pianista zrazu nierozgrzany, nabiera wigoru i kończy efektownym finałem. Ballada, choć poszatkowana nieco na potrzeby filmu, wpasowała się w tę scenę idealnie. I na tym, na takim doborze (oprócz własnej ścieżki dźwiękowej) też polega wielkość i geniusz Kilara.
niedziela, 8 lutego 2015
Zima.
Pewnego dnia, gdy za oknem 10 cm śniegu i -10 stopni, zaczynają cię swędzieć nogi. Widomy to znak, że tęsknią za nartami.
Ale starczy rzut oka na kalendarz, by spostrzec, że do wyjazdu w góry jeszcze trochę. W nasze góry daleko, w jeden dzień nie obrócisz, a w okolicy nie ma warunków. Na szczęście koło Bełchatowa wykorzystali inteligentnie hałdę, zagospodarowali, zrobili wyciąg. Całkiem przyzwoity- ponad 700m długości. 150 km to fraszka, 2 godzinki i jesteś na miejscu. Na miejscu wypożyczamy sprzęt dla dzieci lub wnuków (dzieciaki tak szybko wyrastają, że w sprzęt nie inwestujemy). I hajda. Fasolka po bretońsku i bigos w barze. I jazda do wieczora bo stok oświetlony.
No, tu to fajnie, ale przecie spędziłem 7 lat w Afryce. A tam co robić, gdy nogi zaczynają swędzieć? Kak żyt’? Jechać na narty do Francji?
Otóż wcale nie trzeba- górach Atlas, są 2 ośrodki zimowe: Chrea i Tikjda. Na Chreę jeździ totalne frajerstwo, panowie w długich płaszczach i lakierkach, panny w futrach, bachory na sankach. Głównie ruscy. Jedyne miejsce dla prawdziwych narciarzy, to położona w masywie Djourdjoura (czytamy: dziur-dziura) wioska Tikjda (tikżda) położona na 1600m npm.
Tikjda, oaza zimy w środku Afryki. Stacja narciarska z wyciągami, wypożyczalnia sprzętu (narty, buty, kijki etc). Są dwa różne miejsca zakwaterowania: dla wygodnickich- hotel, i „chalet de cheminots” czyli schronisko dla wędrowców. Już pierwszego dnia niecierpliwie jedziemy pod wyciąg. Śnieg na poboczach, a wkrótce i droga miejscami wyrąbana w śniegu przypomina, że to luty.
Na dolnej stacji wyciągu wypożyczamy przedpotopowe Rossignole, dobieramy buty i na górę. No i niespodzianka- czeka na nas górny odcinek wyciągu wjeżdżający na wysokość ponad 2 tys metrów. Tu śniegu nie braknie. Tłoku nie ma, oprócz nas tylko jeden Szwed. I to wszystko. Po południu młody z paczką równolatków jeździ na górkach pod schroniskiem (szaletem) i dobrze się bawią. Wynaleźli jakąś krętą trasę przez las z zerowa widocznością którą jeżdżą na złamanie karku. Ostrzegają się tylko: vas-y (jedź)- krzyczą jak trasa wolna. J’y vais (jadę)- odpowiada jak echo zawodnik. I mierzą czas. Młody ma experience z Kasprowego i Skrzycznego, więc robi za mistrza.
Djourdjoura to park narodowy o czym przypominają olbrzymie napisy:
PARK NARODOWY DZIURDZIURA
POLOWANIE (a jeśli już polujesz, to)
CHWYTANIE (a jeżeli już schwytałeś, to)
SPRZEDAŻ (?)
DZIKICH ZWIERZĄT- ZABRONIONA.
Małpy są, co widać. Ale ostrzeżeni nie próbowaliśmy nawet chwytać.
Ale starczy rzut oka na kalendarz, by spostrzec, że do wyjazdu w góry jeszcze trochę. W nasze góry daleko, w jeden dzień nie obrócisz, a w okolicy nie ma warunków. Na szczęście koło Bełchatowa wykorzystali inteligentnie hałdę, zagospodarowali, zrobili wyciąg. Całkiem przyzwoity- ponad 700m długości. 150 km to fraszka, 2 godzinki i jesteś na miejscu. Na miejscu wypożyczamy sprzęt dla dzieci lub wnuków (dzieciaki tak szybko wyrastają, że w sprzęt nie inwestujemy). I hajda. Fasolka po bretońsku i bigos w barze. I jazda do wieczora bo stok oświetlony.
No, tu to fajnie, ale przecie spędziłem 7 lat w Afryce. A tam co robić, gdy nogi zaczynają swędzieć? Kak żyt’? Jechać na narty do Francji?
Otóż wcale nie trzeba- górach Atlas, są 2 ośrodki zimowe: Chrea i Tikjda. Na Chreę jeździ totalne frajerstwo, panowie w długich płaszczach i lakierkach, panny w futrach, bachory na sankach. Głównie ruscy. Jedyne miejsce dla prawdziwych narciarzy, to położona w masywie Djourdjoura (czytamy: dziur-dziura) wioska Tikjda (tikżda) położona na 1600m npm.
Tikjda, oaza zimy w środku Afryki. Stacja narciarska z wyciągami, wypożyczalnia sprzętu (narty, buty, kijki etc). Są dwa różne miejsca zakwaterowania: dla wygodnickich- hotel, i „chalet de cheminots” czyli schronisko dla wędrowców. Już pierwszego dnia niecierpliwie jedziemy pod wyciąg. Śnieg na poboczach, a wkrótce i droga miejscami wyrąbana w śniegu przypomina, że to luty.
Na dolnej stacji wyciągu wypożyczamy przedpotopowe Rossignole, dobieramy buty i na górę. No i niespodzianka- czeka na nas górny odcinek wyciągu wjeżdżający na wysokość ponad 2 tys metrów. Tu śniegu nie braknie. Tłoku nie ma, oprócz nas tylko jeden Szwed. I to wszystko. Po południu młody z paczką równolatków jeździ na górkach pod schroniskiem (szaletem) i dobrze się bawią. Wynaleźli jakąś krętą trasę przez las z zerowa widocznością którą jeżdżą na złamanie karku. Ostrzegają się tylko: vas-y (jedź)- krzyczą jak trasa wolna. J’y vais (jadę)- odpowiada jak echo zawodnik. I mierzą czas. Młody ma experience z Kasprowego i Skrzycznego, więc robi za mistrza.
Djourdjoura to park narodowy o czym przypominają olbrzymie napisy:
PARK NARODOWY DZIURDZIURA
POLOWANIE (a jeśli już polujesz, to)
CHWYTANIE (a jeżeli już schwytałeś, to)
SPRZEDAŻ (?)
DZIKICH ZWIERZĄT- ZABRONIONA.
Małpy są, co widać. Ale ostrzeżeni nie próbowaliśmy nawet chwytać.
wtorek, 13 stycznia 2015
Nieustające wakacje
Na emeryturze królują podróże. Nieustające wakacje.
Ale bez przesady, bo to pada na mózg. Bawi np. rzucanie się na fale, które obalają w mig i młodszych chojraków, a mojemu koledze wyrwało ramię z barku. Albo skakanie z klifu do kałuży.
Latamy na paralotni z instruktorem, któremu od prochów trzęsą się ręce i nie umie sam zrobić węzła. I mamy nadzieję wylądować cało z prędkością 218 km/godz. Są i przeżycia gastronomiczne, równie ekscytujące. W domu myjemy warzywa i pieczemy kurczaka, aż spali się na węgiel. A na wakacjach? Na węgiel spalamy się sami, bez przymusu.
A kiedy śniady kelner przestanie się gapić na dekolt żony czy córki, i zaproponuje „lokalny przysmak”, bez żadnych oporów zgodzimy się. Chociaż zazwyczaj jest to osa usmażona w kubełku tranu, przeterminowanego jeszcze przed wojną. A wino? Pijemy je nie dlatego że jest dobre, lecz dlatego że pomocnik kelnera, wyglądający na sutenera, zapewni nas że to dzieło jego brata. I chociaż rozum mówi że ten brat pracuje w fabryce chemikaliów, i ta ciecz powstaje jako produkt uboczny- znów ulegamy pokusie. Mamy niczym nieuzasadnioną nadzieję, że dzięki koligacjom rodzinnym, ów trunek jest autentyczny i nietrujący.
A po powrocie znowu nuda. „Zapnij pasy”- słyszysz, mimo iż stoisz na parkingu czekając na dziecko pod szkołą. „Umyj jabłko”, myte już przedtem czterokrotnie. „Nie jedz tego”, w telewizorze ponoć mówili że niezdrowe. „Pij dużo wody”– a co to ja jestem żaba? „Jedz sałatę”- królikiem też nie jestem.
Wchodzę do Internetu, może wyczaję znów jakieś fajne wakacje.
Ale bez przesady, bo to pada na mózg. Bawi np. rzucanie się na fale, które obalają w mig i młodszych chojraków, a mojemu koledze wyrwało ramię z barku. Albo skakanie z klifu do kałuży.
Latamy na paralotni z instruktorem, któremu od prochów trzęsą się ręce i nie umie sam zrobić węzła. I mamy nadzieję wylądować cało z prędkością 218 km/godz. Są i przeżycia gastronomiczne, równie ekscytujące. W domu myjemy warzywa i pieczemy kurczaka, aż spali się na węgiel. A na wakacjach? Na węgiel spalamy się sami, bez przymusu.
A kiedy śniady kelner przestanie się gapić na dekolt żony czy córki, i zaproponuje „lokalny przysmak”, bez żadnych oporów zgodzimy się. Chociaż zazwyczaj jest to osa usmażona w kubełku tranu, przeterminowanego jeszcze przed wojną. A wino? Pijemy je nie dlatego że jest dobre, lecz dlatego że pomocnik kelnera, wyglądający na sutenera, zapewni nas że to dzieło jego brata. I chociaż rozum mówi że ten brat pracuje w fabryce chemikaliów, i ta ciecz powstaje jako produkt uboczny- znów ulegamy pokusie. Mamy niczym nieuzasadnioną nadzieję, że dzięki koligacjom rodzinnym, ów trunek jest autentyczny i nietrujący.
A po powrocie znowu nuda. „Zapnij pasy”- słyszysz, mimo iż stoisz na parkingu czekając na dziecko pod szkołą. „Umyj jabłko”, myte już przedtem czterokrotnie. „Nie jedz tego”, w telewizorze ponoć mówili że niezdrowe. „Pij dużo wody”– a co to ja jestem żaba? „Jedz sałatę”- królikiem też nie jestem.
Wchodzę do Internetu, może wyczaję znów jakieś fajne wakacje.
wtorek, 6 stycznia 2015
ze Lwowa do Chamonix
Zadzwoniła do mnie koleżanka Barbara, poetka, pisarka i niestudzona działaczka na niwie kultury. Widziałeś mój nowy tomik opowiadań?- zapytała bez zbytnich wstępów- jest tam conieco i o tobie. Nie widziałeś, nie szkodzi, mam egzemplarz autorski. Ale ja w innej sprawie. Otóż kupiłam ostatnio gospodarstwo w Bieszczadach. Niedaleko mnie, w Cieklinie jest muzeum narciarstwa, z którym współpracuję przy organizowaniu wystawy w 100 rocznicę urodzin Tadeusza Wowkonowicza. Czy to jakiś twój krewny?
Tak. Wśród krewnych jest np. pilot, brat mojej babci, Jerzy Bajan, który ma nawet swą ulicę na Bielanach. Był też i Romuald Wowkonowicz, prawa ręka prezydenta Mościckiego, twórca Tarnowskich Azotów. Ale Tadeusz Wowkonowicz, to chluba całej rodziny.
Czołowy narciarz okresu międzywojennego, wielokrotny Mistrz Polski, olimpijczyk. Po wybuchu wojny przedostał się na zachód by tam walczyć w formacjach gen Sikorskiego. Po wojnie osiadł w Chamonix, gdzie pracował z francuską młodzieżą w miejscowym klubie narciarskim w roli działacza i trenera. Stworzył też i doprowadził do oficjalnego uznania- polską drużynę narciarską, która mogła startować w zawodach narciarskich rozgrywanych we Francji i Szwajcarii. Udzielał się również jako sędzia narciarski FFS. Do końca zachował polskie obywatelstwo. Dla podkreślenia tego- np. celowo mówił źle po francusku. Cieszył się olbrzymim szacunkiem tak francuzów jak polaków.
Podczas jednej z wizyt we Francji byłem w Chamonix, trudno więc było nie odwiedzić wuja. Pomimo wieku był wciąż we wspaniałej formie. Jego przyjaźń z najznamienitszym polskim alpejczykiem- Andrzejem Bachledą zaowocowała m.in. powstaniem niniejszej wystawy.
No to masz zaproszenie na otwarcie wystawy- oznajmiła Basia. Przyjeżdżajcie, zanocować możecie u mnie.
Pojechaliśmy, przyrzekając sobie przy okazji, że zwiedzimy malowniczą okolicę. Wystawa imponująca, grupująca ponad 1000 pamiątek po wuju. Najcenniejsze to korespondencja ówczesnego prezesa PZN, Aleksandra Bobkowskiego, do polskiej drużyny narciarskiej z Chamonix, do ówczesnego Prezydenta FIS Oestgaarda oraz kilkaset zdjęć dokumentujących dzieje polskiego narciarstwa w latach czterdziestych. Wśród zaproszonych gości oczywiście „Ałuś” Bachleda. Bardzo ciepła, rodzinna nieomalże atmosfera i wspomnienia tych którzy Go znali. A sama wystawa jest już zarchiwizowana w formie cyfrowej dla przekazania potomności pamięci o tym wspaniałym człowieku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










