Na treningu ping ponga na Spójni podchodzi do mnie jakiś facet, tak na oko ze 30 lat starszy, cudem zgaduje moje imię i przedstawia się: Janisław jestem, nie poznajesz?
Bystry jestem, już o 10 minutach skojarzyłem kto jest zacz, o takim nietypowym imieniu. Mój kolega z sekcji pingpongowej na Politechnice, dziś trochę starszy niż 50 lat temu. Trenowaliśmy razem przez 3 lata, byliśmy na liście rankingowej obok siebie, stąd często ze sobą graliśmy. Pierwsze 2 miejsca okupowali zawodowcy, a myśmy z Janisławem walczyli o miejsca 3-6, i czasami wystawiali nas do składu na jakiś mecz.
Wspominamy stare dzieje i nagle słyszę: przypominasz sobie Burcharda?- Jakże by nie!- to trzeci zawodnik obok nas na liście rankingowej (miejsca 3-6). Niezapomniany, gdyż jak o jedyny grał uchwytem piórkowym, zwanym chińskim. Dziś już połowa ze światowej (czyli chińskiej) czołówki przeszła na uchwyt europejski, ale wtedy była to sensacja absolutna. I – fakt- nikt nie umiał przeciwko niemu grać. Ponieważ byliśmy sąsiadami na liście rankingowej- grałem z Burchardem dość często. Na początku lał mnie strasznie, potem nauczyłem się tej gry i czasami nawet wygrywałem.
No i gdy „młode wilki” szykowały się na wygranie Mistrzostw Politechniki- ów doświadczony stary lis, jakoś śmiesznie trzymający rakietkę, dał wszystkim popalić! Bo ów uchwyt chiński tylko tak dziwnie i (głupio nawet) wygląda. No i nasz przyjaciel Burchard zdobył Mistrzostwo, a ja jako jeden z niewielu mogłem się pochwalić, że na rozkładzie mam Mistrza Politechniki.
Ku pokrzepieniu serc. Emerytura jest okresem życia dającym , wbrew pozorom, najwięcej możliwości. Nie poddawać się. Nie zamykać. Przypomnieć sobie stare pasje, tworzyć nowe.
czwartek, 6 sierpnia 2015
wtorek, 21 lipca 2015
Sport w szkole
Sport w szkole
Przemek, mój kolega jeszcze ze szkoły podstawowej, przysłał mi ze Stanów list. A w nim wycinek z gazety. Okazuje się, że mój szkolny kolega jest sławny, bo ukończył Maraton Nowojorski!! Jest w moim wieku, więc miał racje Dymsza z kolegami, śpiewając że życie zaczyna się po siedemdziesiątce. W każdym razie się nie kończy. A edukację sportową w podstawówce zaczynaliśmy u nas, pod okiem mego taty. Po szkole tata brał nas to na boisko szkolne, to na własnym sumptem zrobione boiska osiedlowe, lub zgoła na pole. I uczył nas sportu. Uczył techniki biegania i skakania, biegu przez płotki i zmiany pałeczki w sztafecie. Uczył tenisa ziemnego i stołowego, koszykówki i siatkówki. Zrobił stół do ping-ponga i w naszej piwnicy powstał klub. Tamże to ograł ówczesnego mistrza Polski. Sam owładnięty sportem, reprezentant polski w siatkówce, czołowy tenisista, znał się na sporcie jak rzadko kto i postanowił tę wiedzę przekazać młodzieży. A ta go wręcz uwielbiała. Po wielu latach koledzy ze szkoły (czasem przypadkowo spotkani) zaczynali od pytania: jak się czuje tata.
Nie tylko Przemcio miał zaszczepioną miłość do sportu.
Mój inny kolega- „Skorupa” zdobył Mistrzostwo Polski na 400 przez płotki. No bo przecież technikę, jako się rzekło, miał niezłą.
Janka spotkałem po latach na treningach ping-ponga na Spójni. Zdobył świeżo tytuł Mistrza Świata!! (to co, że Weteranów). A pierwsze kroki stawiał u nas w piwnicy i tam to (ze względu na szczupłość miejsca przy stole) nauczył się wspaniale grać blokiem.
Włodek jest cenionym trenerem tenisa ziemnego. Pamiętam jak na Spójni tata uczył go (do znudzenia) jak ustawiać się do bekhendu. Dziś klasyczny bekhend Włodka uważany jest za wzorcowy i, by się go nauczyć, przyjeżdżają ludzie z całej Warszawy.
Jurka tatuś nauczył trudnej sztuki, jak „oszukiwać” przeciwnika przy siatce. Później, grając w drużynie Politechniki, Jurek ośmieszał wręcz przeciwników kiwkami granymi na przemian z potężnymi ścięciami.
W ramach obchodów 40-lecia Prochemu- macierzystej firmy, na turniej tenisowy został zaproszony i mój tata. Jako emeryt (miał 68 lat), w uznaniu zasług – był nieprzerwanie Mistrzem przez 20 lat. W meczu ćwierćfinałowym gra z Tadeuszem, o 30 lat młodszym. Jest wrzesień, pogoda ładna, a Tadzio z wywieszonym językiem lata z rogu do rogu, ganiany przez tatę niemiłosiernie kąśliwymi piłkami. Gdy już zdjął z siebie wszystko co miał i potwornie spocony dyszy w czasie przerwy, tata się odzywa:
- panie Tadziu - mówi- bardzo przepraszam, ale chyba coś włożę na siebie, bo jakoś tak chłodno. Pan mi ciągle gra na środek kortu i nie mam możliwości by się choć trochę rozgrzać...
Przemek, mój kolega jeszcze ze szkoły podstawowej, przysłał mi ze Stanów list. A w nim wycinek z gazety. Okazuje się, że mój szkolny kolega jest sławny, bo ukończył Maraton Nowojorski!! Jest w moim wieku, więc miał racje Dymsza z kolegami, śpiewając że życie zaczyna się po siedemdziesiątce. W każdym razie się nie kończy. A edukację sportową w podstawówce zaczynaliśmy u nas, pod okiem mego taty. Po szkole tata brał nas to na boisko szkolne, to na własnym sumptem zrobione boiska osiedlowe, lub zgoła na pole. I uczył nas sportu. Uczył techniki biegania i skakania, biegu przez płotki i zmiany pałeczki w sztafecie. Uczył tenisa ziemnego i stołowego, koszykówki i siatkówki. Zrobił stół do ping-ponga i w naszej piwnicy powstał klub. Tamże to ograł ówczesnego mistrza Polski. Sam owładnięty sportem, reprezentant polski w siatkówce, czołowy tenisista, znał się na sporcie jak rzadko kto i postanowił tę wiedzę przekazać młodzieży. A ta go wręcz uwielbiała. Po wielu latach koledzy ze szkoły (czasem przypadkowo spotkani) zaczynali od pytania: jak się czuje tata.
Nie tylko Przemcio miał zaszczepioną miłość do sportu.
Mój inny kolega- „Skorupa” zdobył Mistrzostwo Polski na 400 przez płotki. No bo przecież technikę, jako się rzekło, miał niezłą.
Janka spotkałem po latach na treningach ping-ponga na Spójni. Zdobył świeżo tytuł Mistrza Świata!! (to co, że Weteranów). A pierwsze kroki stawiał u nas w piwnicy i tam to (ze względu na szczupłość miejsca przy stole) nauczył się wspaniale grać blokiem.
Włodek jest cenionym trenerem tenisa ziemnego. Pamiętam jak na Spójni tata uczył go (do znudzenia) jak ustawiać się do bekhendu. Dziś klasyczny bekhend Włodka uważany jest za wzorcowy i, by się go nauczyć, przyjeżdżają ludzie z całej Warszawy.
Jurka tatuś nauczył trudnej sztuki, jak „oszukiwać” przeciwnika przy siatce. Później, grając w drużynie Politechniki, Jurek ośmieszał wręcz przeciwników kiwkami granymi na przemian z potężnymi ścięciami.
W ramach obchodów 40-lecia Prochemu- macierzystej firmy, na turniej tenisowy został zaproszony i mój tata. Jako emeryt (miał 68 lat), w uznaniu zasług – był nieprzerwanie Mistrzem przez 20 lat. W meczu ćwierćfinałowym gra z Tadeuszem, o 30 lat młodszym. Jest wrzesień, pogoda ładna, a Tadzio z wywieszonym językiem lata z rogu do rogu, ganiany przez tatę niemiłosiernie kąśliwymi piłkami. Gdy już zdjął z siebie wszystko co miał i potwornie spocony dyszy w czasie przerwy, tata się odzywa:
- panie Tadziu - mówi- bardzo przepraszam, ale chyba coś włożę na siebie, bo jakoś tak chłodno. Pan mi ciągle gra na środek kortu i nie mam możliwości by się choć trochę rozgrzać...
wtorek, 14 lipca 2015
Toshiro Mifune
W jednym z kin studyjnych leci festiwal filmów japońskich. Czyli tak naprawdę cała seria z Tosziro Mifune (pozostańmy przy pisowni polskiej).
Ulubiony aktor- Kurosawy (i nie tylko)- to postać zaiste wyjątkowa. Ówczesna kinematografia japońska to „teatr jednego aktora”: takiej dominacji nie było nigdy i nigdzie. Nie trzeba przypominać jego kreacji z „7 samurajów”, Rudobrodego i tysiąca innych. Ale np. grał w „Zatiochi”, znanym u nas jako „Masażysta Ichi”. Fakt- nie bohatera, lecz przeciwnika tytułowego Zatoichi.
Przypomnienie też niektórych zapomnianych faktów- np. „Ukryta forteca” posłużyła za pierwowzór „ Gwiezdnych Wojen”. A „Straż przyboczna”- to późniejszy western „Za garść dolarów”. O „7 wspaniałych” nie wspomnę. I czy kto pamięta, że wspaniały film „Dersu Uzała” to dzieło Kurosawy?
Na studiach, często urywaliśmy się z wykładów by poznać smak kina japońskiego. Fascynowało swoją innością, pokazywało nieznany nam świat. Ale też, co tu kryć, owe filmy obfitowały w okrutne sceny, do których nie byliśmy przyzwyczajeni. Raz poszliśmy całą grupą z Politechniki do kina Atlantic, i dziewczyny nie wytrzymały już pierwszej sceny harakiri. Wyszły jak jeden mąż (albo raczej żona).
Obejrzenie tych filmów po raz drugi (lub trzeci) to „podróż sentymentalna” do przeszłości. I to się bardzo liczy.
czwartek, 9 lipca 2015
tygmont
Zabili Tygmont. Zamordowali. Z klubu jazzowego zrobili klub disco.Tancbudę. Niech sobie dyskoteki będą, czemu nie, ale czy komercja posunęła nas aż tak, by zabijać (dechami) kultowy klub?? Tam słuchałem uznanych już muzyków, takich jak Jagodziński, niezapomniany Jarek Śmietana czy Wojtek Karolak.
Ale i tych wchodzących do przedsionka sławy (Woliński, Kaczmarczyk). Tam wpadałem na piwo - przy porządnej muzyce smakowało lepiej. To se ne vrati? Zobaczymy.
Tygmont był też jednym z miejsc, gdzie dął w trąbę słynny „Duduś” Matuszkiewicz. Gdy się skończyło i jazz przegrał z jazgotem, Duduś oświadczył ż chętnie by jeszcze sobie podmuchał. Natychmiast podchwycił to Iwaszko (Jerzy Iwaszkiewicz) i napisał felieton „ Duduś jeszcze dmucha”.
Za to ma się dobrze (i tak trzymać) jazz na Starówce. Tam to grają gwiazdy nierzadko światowego formatu, toteż trudno dziwić się, że na występie Tomasza Stańko i Uli Dudziak nie było gdzie stać. A co dopiero usiąść. Warto było posłuchać, oboje we wspaniałej formie. Oby tak jeszcze długie lata.
A może coś z parapsychologii? Trio McBride- basista opromieniony występami z największymi tego świata (McCoy Tyner, James Brown, Wynton Marsalis, Sting, Paul McCartney). Ale rzecz nie o nich, lecz o reinkarnacji. Otóż przy fortepianie siedzi sam młody John Coltrane!!! Zrobiłem zdjęcie i położyłem obok albumu Coltrana z lat 60’. Bliźniacy!! Tym razem nie w proch lecz w piasek się obrócisz. Ów młody pianista nazywa się Christian Sands..
Ale i tych wchodzących do przedsionka sławy (Woliński, Kaczmarczyk). Tam wpadałem na piwo - przy porządnej muzyce smakowało lepiej. To se ne vrati? Zobaczymy.
Tygmont był też jednym z miejsc, gdzie dął w trąbę słynny „Duduś” Matuszkiewicz. Gdy się skończyło i jazz przegrał z jazgotem, Duduś oświadczył ż chętnie by jeszcze sobie podmuchał. Natychmiast podchwycił to Iwaszko (Jerzy Iwaszkiewicz) i napisał felieton „ Duduś jeszcze dmucha”.
Za to ma się dobrze (i tak trzymać) jazz na Starówce. Tam to grają gwiazdy nierzadko światowego formatu, toteż trudno dziwić się, że na występie Tomasza Stańko i Uli Dudziak nie było gdzie stać. A co dopiero usiąść. Warto było posłuchać, oboje we wspaniałej formie. Oby tak jeszcze długie lata.
A może coś z parapsychologii? Trio McBride- basista opromieniony występami z największymi tego świata (McCoy Tyner, James Brown, Wynton Marsalis, Sting, Paul McCartney). Ale rzecz nie o nich, lecz o reinkarnacji. Otóż przy fortepianie siedzi sam młody John Coltrane!!! Zrobiłem zdjęcie i położyłem obok albumu Coltrana z lat 60’. Bliźniacy!! Tym razem nie w proch lecz w piasek się obrócisz. Ów młody pianista nazywa się Christian Sands..
sobota, 20 czerwca 2015
Chopin (nie)dawno
Wpadła mi w ręce broszura o „stylu narodowym w twórczości Chopina”.

Niby nic nadzwyczajnego- takich opracowań jest na pęczki.
Ale ta liczy ponad 60 lat (1955) i jest napisana wspaniałym językiem lat 50. Czego tam nie ma- są i dowody że Polacy (wiadomo ) i Rosjanie (!) są najbardziej predestynowani do odczuwania i właściwego wykonywania tej muzyki.
Są (nieodzowne) cytaty tow. Stalina. Jest i o walce klas i rozwoju świadomości chłopstwa i mieszczaństwa. Jest (co ciekawe) rozbiór niektórych utworów Chopina pod tym właśnie kątem. Generalnie czytać się nie da, ale warto zachować w kronikach jako świadectwo czasów. Mam znajomości w Narodowym Instytucie Fryderyka Chopina, przekażę to im jako ciekawostkę. Ponad 60 lat to już historia, nie?
poniedziałek, 15 czerwca 2015
znów piernikalia
No i przyszła pora na doroczne „juvenalia trzeciego wieku”. Takie piernikalia, dla niepoznaki nazywane Senioradą. Organizują je z rozmachem studenci AWF i (wbrew nazwie) chętnie uczestniczą w nich wszyscy, bez względu na wiek.
Zaraz na wejściu na olbrzymie boisko widzę pokaz tai-chi. Kiedyś trenowałem, mam ruchy i formy obcykane, toteż żwawo się przyłączam. Błyski zdumienia w oczach ćwiczących (co on się wygłupia!) skłaniają mnie do poszukania innych atrakcji. A tych nie brakuje.
Z dala już słyszę wspaniałe dźwięki kapeli gospel. Przy dźwiękach „down by the riverside” rytmicznie bawiło się kilkaset osób. Ja z boku drę się do rytmu „this land is your land…” Razem- brzmi to pięknie, więc TVN nagrywało. Ale wkrótce gospel zeszło ze sceny i wtargnęła tam DJ Viki (ponoć dość znana). Niestety zaraz puściła „Akropolis adieu” po niemiecku czym wygoniła mnie na drugi koniec boiska.
A tam dawali kiełbaski i kaszankę więc wyszło tylko na korzyść. Ale czas wracać, bo zapowiedzieli quiz muzyczny- coś dla mnie. Z historii muzyki jestem niezły, toteż wygrywam konkurs, mimo oczywistych kałaputów, np. (co za wstyd) pomylili mi się Little Richard i Chuck Berry!! Nieopodal turniej speeedmintona, (wypadamy dobrze), pokaz samoobrony…
Ale główną atrakcją był wielobój zręcznościowo- intelektualny. Kilkanaście konkurencji nierzadko wcale nie łatwych. Kilkadziesiąt osób walczyło do upadłego, a zwycięzca miał otrzymać tytuł mistrza Seniorady i okazały puchar. Plasuję się w pierwszej dziesiątce, ale wszystkich bije na głowę Ewelinka i wygrywa!!.
Wracamy obładowani nagrodami z pięknym pucharem.
Jak dociągniemy do przyszłej wiosny- też idziemy.
Zaraz na wejściu na olbrzymie boisko widzę pokaz tai-chi. Kiedyś trenowałem, mam ruchy i formy obcykane, toteż żwawo się przyłączam. Błyski zdumienia w oczach ćwiczących (co on się wygłupia!) skłaniają mnie do poszukania innych atrakcji. A tych nie brakuje.
Z dala już słyszę wspaniałe dźwięki kapeli gospel. Przy dźwiękach „down by the riverside” rytmicznie bawiło się kilkaset osób. Ja z boku drę się do rytmu „this land is your land…” Razem- brzmi to pięknie, więc TVN nagrywało. Ale wkrótce gospel zeszło ze sceny i wtargnęła tam DJ Viki (ponoć dość znana). Niestety zaraz puściła „Akropolis adieu” po niemiecku czym wygoniła mnie na drugi koniec boiska.
A tam dawali kiełbaski i kaszankę więc wyszło tylko na korzyść. Ale czas wracać, bo zapowiedzieli quiz muzyczny- coś dla mnie. Z historii muzyki jestem niezły, toteż wygrywam konkurs, mimo oczywistych kałaputów, np. (co za wstyd) pomylili mi się Little Richard i Chuck Berry!! Nieopodal turniej speeedmintona, (wypadamy dobrze), pokaz samoobrony…
Ale główną atrakcją był wielobój zręcznościowo- intelektualny. Kilkanaście konkurencji nierzadko wcale nie łatwych. Kilkadziesiąt osób walczyło do upadłego, a zwycięzca miał otrzymać tytuł mistrza Seniorady i okazały puchar. Plasuję się w pierwszej dziesiątce, ale wszystkich bije na głowę Ewelinka i wygrywa!!.
Wracamy obładowani nagrodami z pięknym pucharem.
Jak dociągniemy do przyszłej wiosny- też idziemy.
wtorek, 9 czerwca 2015
Mokra Wieś
Lubimy się włóczyć po Polsce. Niekoniecznie po autostradach. Jedziemy skrótem? W zasadzie czemu nie. Mamy napęd na 4 łapy więc „zakopane” nam nie grozi.
Ale mamy 2 drogi do wyboru, jedną wskazuje nawigacja widzimy nawet z drogi tabliczkę: Mokra Wieś. Druga droga, z mapy niezgorsza i wyglądająca ładnie. Ale ufamy nawigacji (triumf techniki nad zdrowym rozsądkiem). Po kilometrze- droga całkowicie zalana i ćwiczymy karkołomne łamańce by zawrócić. Udało się. Wracamy i widzimy chłopa z furmanką. Pewniejsze to źródło informacji niż GPS więc zasięgamy języka. Chłop patrzy na nas z politowaniem i tłumaczy że przez Mokrawieś się nie jeździ (słusznie- patrz nazwa). Trzeba skręcić (tak gdzie chcieliśmy) przed Mokrawsią. Albo na początku Mokrawsi- dodaje- skręcicie koło kapliczki i już jesteście na dobrej drodze.
Miał rację. Tylko na mapach trzeba delikatnie skorygować nazwę.
Ale mamy 2 drogi do wyboru, jedną wskazuje nawigacja widzimy nawet z drogi tabliczkę: Mokra Wieś. Druga droga, z mapy niezgorsza i wyglądająca ładnie. Ale ufamy nawigacji (triumf techniki nad zdrowym rozsądkiem). Po kilometrze- droga całkowicie zalana i ćwiczymy karkołomne łamańce by zawrócić. Udało się. Wracamy i widzimy chłopa z furmanką. Pewniejsze to źródło informacji niż GPS więc zasięgamy języka. Chłop patrzy na nas z politowaniem i tłumaczy że przez Mokrawieś się nie jeździ (słusznie- patrz nazwa). Trzeba skręcić (tak gdzie chcieliśmy) przed Mokrawsią. Albo na początku Mokrawsi- dodaje- skręcicie koło kapliczki i już jesteście na dobrej drodze.
Miał rację. Tylko na mapach trzeba delikatnie skorygować nazwę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










