Coś ważnego
No i przyszedł ten moment, przychodzi zresztą co roku, że trzeba przedłużyć badania techniczne samochodu. Ne ma problema- jak powiedzieliby nasi bracia. Sęk w tym że samochodom 4x4, a taki niestety posiadam, nie robią badań CT wszędzie. Wysłali mnie gdzieś na Bródno czy jeszcze dalej, a tam bez problemów i specjalnych wstrętów badania owe mi zrobili. Niestety z wrodzonego lenistwa i (nie wiadomo czemu) w zaufaniu do pamięci własnej nie zapisuję danych- adresów, telefonów- lecz staram się zapamiętać. Najczęściej bezskutecznie, choć np. kod telefonu do firmy: 10 do trzeciej , 9 do drugiej- to łatwizna Ale ten adres, a właściwie wskazówkę to sobie zapamiętałem. Jest to mianowicie coś ważnego dla faceta.
Uzbrojony w powyższą wiedzę już po roku, (badania CT są wszak co rok) staram się ten adres odnaleźć. Nie jest to wszelako proste. Biorę Google mapy i szukam:
Budowlana. Każdy facet ma niby wybudować w życiu dom. Jest to zatem ważne. Ale czy aż tak?
Skargi. No nie. Mężczyzna nigdy nie płacze. A tem bardziej nie skarży się.
Oliwska. Naoliwić się czasem nie zaszkodzi ale czy to aż takie ważne? Chyba nie.
Fantazyjna i Młodzieńcza. Fajne, ale młodość- to se na vrati, choć fantazja ciągle jest. Po krótkich wahaniach przeszedłem do następnego punktu.
Panny. O, to być może, panny wszak są ważne dla facetów. Ale szukajmy dalej.
Nieco znużony już i zniechęcony, zły na siebie bez wiary przeszukuję mapę dalej. Aż tu nagle…
Staniewicka! Oczywiście. STANIE WICKA to dla faceta bardzo ważne. To je ono!!
Pojechałem, rację miałem!
Ku pokrzepieniu serc. Emerytura jest okresem życia dającym , wbrew pozorom, najwięcej możliwości. Nie poddawać się. Nie zamykać. Przypomnieć sobie stare pasje, tworzyć nowe.
niedziela, 7 kwietnia 2019
poniedziałek, 25 czerwca 2018
SKIS
SKIS to nie żarty - to nie narty
Dostałem zaproszenie na Spotkania Kulturalne i Sztuczne. Wystosował je niestrudzony działacz na niwach różnych, tym razem kultury – Wojtek Szymańczuk. Wraz z żoną Anią podjęli się rzeczy prawie niemożliwej (w dzisiejszych czasach) – integracji kulturalnej różnych środowisk. A więc – spotkania z ciekawymi postaciami ze świata muzyki, literatury etc. Profi i amatorzy, kto tylko słucha, i ten kto tworzy. Bez podziałów. Na pierwszy ogień poszedł Piotr Michnikowski – syn legendarnego przecież Wiesława. Sam śpiewał przy gitarze swoje piosenki, teksty przypominające klimatem Jeremiego Przyborę. A że formuła spotkania bardzo różna – i dla mnie znalazło się miejsce przy klawiaturze fortepianu. Dobrze że się odważyłem, i zostałem życzliwie przyjęty. Pierwszy i ostatni, być może, raz, bo Wojtek już myśli o zaproszeniu finalisty Konkursu Chopinowskiego!
Wieczór autorski Jerzego Smolińskiego. Jego wiersze mają taki klimat że aż proszą się o muzykę. Gdy natarczywie przedstawiałem swój punkt widzenia, Autor zgodził się ze mną i (być może an odczepnego) rzucił: to zaproponuj coś! Dwa razy nie trzeba mnie prosić. Napisałem muzykę i sam to wykonałem! Entuzjastyczne przyjęcie (w tym przez samego Autora) skłoniło mnie do zaprezentowania w internecie. Recenzje bardzo dobre, że aż strach się bać!!
Dostałem zaproszenie na Spotkania Kulturalne i Sztuczne. Wystosował je niestrudzony działacz na niwach różnych, tym razem kultury – Wojtek Szymańczuk. Wraz z żoną Anią podjęli się rzeczy prawie niemożliwej (w dzisiejszych czasach) – integracji kulturalnej różnych środowisk. A więc – spotkania z ciekawymi postaciami ze świata muzyki, literatury etc. Profi i amatorzy, kto tylko słucha, i ten kto tworzy. Bez podziałów. Na pierwszy ogień poszedł Piotr Michnikowski – syn legendarnego przecież Wiesława. Sam śpiewał przy gitarze swoje piosenki, teksty przypominające klimatem Jeremiego Przyborę. A że formuła spotkania bardzo różna – i dla mnie znalazło się miejsce przy klawiaturze fortepianu. Dobrze że się odważyłem, i zostałem życzliwie przyjęty. Pierwszy i ostatni, być może, raz, bo Wojtek już myśli o zaproszeniu finalisty Konkursu Chopinowskiego!
Wieczór autorski Jerzego Smolińskiego. Jego wiersze mają taki klimat że aż proszą się o muzykę. Gdy natarczywie przedstawiałem swój punkt widzenia, Autor zgodził się ze mną i (być może an odczepnego) rzucił: to zaproponuj coś! Dwa razy nie trzeba mnie prosić. Napisałem muzykę i sam to wykonałem! Entuzjastyczne przyjęcie (w tym przez samego Autora) skłoniło mnie do zaprezentowania w internecie. Recenzje bardzo dobre, że aż strach się bać!!
sobota, 23 grudnia 2017
Kajam się
Kajam się
Skleroza nie wybiera, wali równo. Mnie też się dostało, gdy zapomniałem o imieninach (co za wstyd) mojego starego przyjaciela. Aby to naprawić – wysłałem mu taki wierszyk.
Wstaję wesoły rano z pościeli,
Żonka także samo się weseli
I smaży jaja, szczęście wokoło,
Gdy wtem myśl taka trafia mnie w czoło:
Czy my o Dzidku nie zapomnieli?
I mu nie złorzeczyli???
Nastrój pryska w jednej chwili,
Patelnia wypada jej z ręki,
Nie cieszą mnie już jej wdzięki!
(Nawet gdy kusząco się pochyli).
Nie złożyłem życzeń, więc się kajam.
Smażonego na szynce jajka jam
Niegodny i pójdę do piekła,
By ta skucha mi się nie upiekła
I nawet karę swą podwajam.
Alem coraz starszy i nie gwarantuję,
(Choć bardzo nad tym pracuję)
Że za rok zachowam się godnie.
Przypominaj mi więc co dwa tygodnie,
To i niespodziankę przygotuję...
Skleroza nie wybiera, wali równo. Mnie też się dostało, gdy zapomniałem o imieninach (co za wstyd) mojego starego przyjaciela. Aby to naprawić – wysłałem mu taki wierszyk.
Wstaję wesoły rano z pościeli,
Żonka także samo się weseli
I smaży jaja, szczęście wokoło,
Gdy wtem myśl taka trafia mnie w czoło:
Czy my o Dzidku nie zapomnieli?
I mu nie złorzeczyli???
Nastrój pryska w jednej chwili,
Patelnia wypada jej z ręki,
Nie cieszą mnie już jej wdzięki!
(Nawet gdy kusząco się pochyli).
Nie złożyłem życzeń, więc się kajam.
Smażonego na szynce jajka jam
Niegodny i pójdę do piekła,
By ta skucha mi się nie upiekła
I nawet karę swą podwajam.
Alem coraz starszy i nie gwarantuję,
(Choć bardzo nad tym pracuję)
Że za rok zachowam się godnie.
Przypominaj mi więc co dwa tygodnie,
To i niespodziankę przygotuję...
piątek, 24 listopada 2017
Lanzarote
Najbardziej fascynująca z Wysp Kanaryjskich – Lanzarote. Park Narodowey Timanfaya jest na liście UNESCO nie po to, by teraz dawać go zadeptać. Wjazd na „drogę wulkanów” tylko autokarami w zorganizowanych grupach. Wjeżdżamy na samą górę, skąd rozpościerają się widoki na kratery wulkanów.
Niedowiarki mówią, że sceny (ponoć na żywo) ze zdobycia księżyca, były nadawane stąd!! W autokarze, z głośników słyszymy ciekawe komentarze na tle wspaniale dobranej muzyki (Requiem Mozarta), potęgującej wrażenie.
A wszędzie, gdzie się ruszymy widać rękę Cazarego Manrique. Genialny architekt, polityk i działacz, doprowadził mi.in. do porządku architektonicznego. Nie ma wieżowców, dużych centrów handlowych, a przede wszystkim reklam, szpecących krajobraz. Domki są parterowe lub jednopiętrowe, pomalowane na biało.
Co krok widać też jego prace, jak np. pomniki „żywe” (na wiatr) czy statyczne jak „pomnik wieśniaka”. W grotach „jameos del agua” zaprojektował amfiteatr z taką niepowtarzalną akustyką, że Stańko już nie musi lecieć do Indii, by w jaskiniach Karla Caves nagrać kolejną płytę.
W drodze powrotnej przystanek w kawiarence na wyśmienitą kawę z rumem. Jedna z pań nic nie zamawia, informując z wyższością, że nie będzie płacić za kawę (1 Euro), bo ma przecież „All excuse me”. Druga nie chce być gorsza i zamawia: Kava, proszę. Mieliśmy uciechę, gdy kelner przyniósł szampana. Mina pani – bezcenna.
Przez lata głównym przedmiotem polowania ( z tchórzofretkami) były króliki. Stąd tubylcy nazywani są „Conejeros” (conejo- królik). Radzę nie pomylić z „cojoneros”.
Sami już robimy wycieczki po wyspie. Wjeżdżamy na najwyższe punkty wyspy z wulkanem Corona, i cudownym widokiem na wysepkę Graciosa. Zjeżdżamy do wioski przylepionej do morza – Punta Mujeres. Domy dotykające do Oceanu są często zalewane. Na jednym z nich zobaczyliśmy zadziwiające rękodzieło – podwyższenie komina o metr. Okazało się, że w czasie sztormów woda tak szaleje, że wlewała im się przez komin.
W zatoce surferów podziwiamy dwumetrowe fale. Kąpieli nie ryzykowaliśmy. Za to kąpiemy się chętnie na naszej plaży w Puerto del Carmen. To już trzecia nasz pobyt w tym regionie, i nie ostatni.
Niedowiarki mówią, że sceny (ponoć na żywo) ze zdobycia księżyca, były nadawane stąd!! W autokarze, z głośników słyszymy ciekawe komentarze na tle wspaniale dobranej muzyki (Requiem Mozarta), potęgującej wrażenie.
A wszędzie, gdzie się ruszymy widać rękę Cazarego Manrique. Genialny architekt, polityk i działacz, doprowadził mi.in. do porządku architektonicznego. Nie ma wieżowców, dużych centrów handlowych, a przede wszystkim reklam, szpecących krajobraz. Domki są parterowe lub jednopiętrowe, pomalowane na biało.
Co krok widać też jego prace, jak np. pomniki „żywe” (na wiatr) czy statyczne jak „pomnik wieśniaka”. W grotach „jameos del agua” zaprojektował amfiteatr z taką niepowtarzalną akustyką, że Stańko już nie musi lecieć do Indii, by w jaskiniach Karla Caves nagrać kolejną płytę.
W drodze powrotnej przystanek w kawiarence na wyśmienitą kawę z rumem. Jedna z pań nic nie zamawia, informując z wyższością, że nie będzie płacić za kawę (1 Euro), bo ma przecież „All excuse me”. Druga nie chce być gorsza i zamawia: Kava, proszę. Mieliśmy uciechę, gdy kelner przyniósł szampana. Mina pani – bezcenna.
Przez lata głównym przedmiotem polowania ( z tchórzofretkami) były króliki. Stąd tubylcy nazywani są „Conejeros” (conejo- królik). Radzę nie pomylić z „cojoneros”.
Sami już robimy wycieczki po wyspie. Wjeżdżamy na najwyższe punkty wyspy z wulkanem Corona, i cudownym widokiem na wysepkę Graciosa. Zjeżdżamy do wioski przylepionej do morza – Punta Mujeres. Domy dotykające do Oceanu są często zalewane. Na jednym z nich zobaczyliśmy zadziwiające rękodzieło – podwyższenie komina o metr. Okazało się, że w czasie sztormów woda tak szaleje, że wlewała im się przez komin.
W zatoce surferów podziwiamy dwumetrowe fale. Kąpieli nie ryzykowaliśmy. Za to kąpiemy się chętnie na naszej plaży w Puerto del Carmen. To już trzecia nasz pobyt w tym regionie, i nie ostatni.
poniedziałek, 7 sierpnia 2017
Jak przypadek wpływa na historię.
Jak przypadek wpływa na historię.
Przez lata nurtowało mnie pytanie: dlaczego hymn USA jest tak koślawy?! Dlaczego w połowie zwrotki ktoś (?kto?) zgubił rytm i niezdarnie to załatał? Nie dawało mi to spokoju i dotarłem do źródła - ów hymn pochodzi od starej pieśni pijackiej „Anakreont w niebie”. Ów Anakreont był znanym rozpustnikiem i sybarytą. Znając genezę, wyjaśnienie wydaje się prostsze. Ktoś w pijackim upojeniu pomylił się, a reszta za nim. I tak zostało.
Przypadek? Takich jest więcej. Np. podczas balu dworskiego, jedna z dam zgubiła podwiązkę. Śmichy-chichy szybko uciszył sam król. Z komentarzem „Hańba temu, kto źle o tym myśli ” zawiązał ja na własnej nodze. I ustanowił Order Podwiązki.
Inny monarcha, tym razem angielski, miał zwyczaj chodzić na ryby i na mokradła. Aby uchronić spodnie przed brudem i wilgocią, podwijał je. Inni modnisie to podchwycili. I tak powstały mankiety.
Przez lata nurtowało mnie pytanie: dlaczego hymn USA jest tak koślawy?! Dlaczego w połowie zwrotki ktoś (?kto?) zgubił rytm i niezdarnie to załatał? Nie dawało mi to spokoju i dotarłem do źródła - ów hymn pochodzi od starej pieśni pijackiej „Anakreont w niebie”. Ów Anakreont był znanym rozpustnikiem i sybarytą. Znając genezę, wyjaśnienie wydaje się prostsze. Ktoś w pijackim upojeniu pomylił się, a reszta za nim. I tak zostało.
Przypadek? Takich jest więcej. Np. podczas balu dworskiego, jedna z dam zgubiła podwiązkę. Śmichy-chichy szybko uciszył sam król. Z komentarzem „Hańba temu, kto źle o tym myśli ” zawiązał ja na własnej nodze. I ustanowił Order Podwiązki.
Inny monarcha, tym razem angielski, miał zwyczaj chodzić na ryby i na mokradła. Aby uchronić spodnie przed brudem i wilgocią, podwijał je. Inni modnisie to podchwycili. I tak powstały mankiety.
środa, 28 czerwca 2017
muzykowanie
No i poszły konie po bekonie. Mamy z moim kolegą Wróblem podobne zainteresowania i gusta muzyczne. Takoż i praktykujemy. Tyle że on metodycznie, bierze lekcje gitary u profesjonalnego jazzmana. Jak gram na klawiszach, z głowy, ale jakoś się to klei. Od Beatlesów po standardy. Do tego mniej lub bardziej udany wokal. Niektórym się to nawet podoba. Ostatnio posłuchała nas Kasia. Z wykształcenie muzyk, gra na klarnecie. Z powołania poetka. Autorka kilku pięknych tekstów, do których Wróbel skomponował muzykę. A ja cosik śpiewam.

No i uwaga: tak to wszystko ładnie idzie, że Kasia myśli na serio o wydaniu płyty!
Na którymś tam kolejnym spotkaniu, klarnecistka opowiada, że muzycy grający na instrumentach dętych znają trudną technikę. Aby grać bez przerw, stosują tzw „oddech permanentny”. Wyrażenie nietuzinkowe i wykonany przeze mnie ad hoc utwór „lubię twój smętny oddech permanentny..” porwał zgromadzoną (nieliczną) publikę. Ma wejść na płytę i wszelkie szanse, by stać się hitem.
PS. Mamy już umówione profesjonalne studio nagraniowe !!
Przygotowujemy nagranie płyty. Ale póki co…
Jeździmy ma wczasy brydżowe, gdzie to chętnie produkujemy się muzycznie. Nie tylko standardy ale i nasze własne kompozycje. Ale towarzystwu brydżowemu to nie wystarcza. Zaczęto się domagać, byśmy stworzyli popularną piosenkę brydżystów, coś na kształt hymnu. Czemu nie. Do melodii Wróbla, napisaliśmy z Ewelinką słowa. HIT!!
Tu są linki do u -tuba
https://youtu.be/JG0IxqSc7N8
http://www.wczasybrydzowe.pl/content/piosenka-brydzowa
poniedziałek, 5 grudnia 2016
Zanzibar, czyli „ze sztambucha leniucha”
Na emeryturze podróże małe i duże. Raczej średnie.
Dotarliśmy do strefy podzwrotnikowej, a od dalszych podróży odstrasza długi i męczący lot samolotem. Już te 6 godzin na Kanary to sporo. Ale 11 godzin by obejrzeć Machu Picchu, czy Galapagos? Ale są przecie airbusy i inne takie. Luz, komfort, 8 godzin lotu to mniej niż 6 normalnym samolotem. Więc może by tak myknąć się dalej i postawić nogę na półkuli południowej? Rzut oka na globus wskazuje na Zanzibar.
Opowieści sławią wspaniałe turkusowe wody Oceanu Indyjskiego i cudowne piaszczyste plaże. Można zetknąć się z legendarnymi Masajami. Jednym słowem odlecieć w inny świat. No a język? Angielski to żadne wyzwanie. Zawsze staram się poznać choćby podstawy języka lokalnego. Na szczęście okazuje się, że suahili ma sporo wspólnego z arabskim, który trochę znam. Oddycham z ulgą, ale i tak się dokształcam.
No i wreszcie. Nasz Jumbo Jet dowiózł nas komfortowo na wyspę, a lokalny kierowca, jadąc lewą stroną, - do wioski murzyńskiej. Z wszelkimi udogodnieniami cywilizacji, ale wioski, nie hotelu 5*. Witają nas od progu wdzięcznym „Jambo”. Jet - odpowiadam machinalnie, ale okazuje się że to tutaj popularne przywitanie. Słychać je wszędzie, obok, królującego niepodzielnie, ”hakuna matata”, oraz „pole pole”, czyli powoli.
Sama lokalizacja bajeczna – wioska leży na samym brzegu oceanu, w tropikalnym ogrodzie. Bryza od oceanu sprawia, że temperatury praktycznie nie czuć, a wieczorami nawet ożywczy chłodek. Kąpiel w Oceanie Indyjskim (temperatura wody ok. 30°C), mojito, sjesta pod palmami i żyć nie umierać. Kuchnia daleka od europejskiej (choć są też „normalne” dania), ale wspaniała. Mnie najbardziej smakowały ośmiornice.
Wieczorami występki zespołów muzycznych, króluje tu zanzibarski hit - Jambo. Są, a jakże, pokazy tańców Masajów. Jak się okazuje, polegają one głównie na rytmicznych skłonach i podskakiwaniu. Zwizytowaliśmy też miejscową szkołę, trafiliśmy akurat na egzaminy. Obeznany z miejscowymi obyczajami, nie zdziwiłem się, widząc że połowa uczniów śpi!
Mieszkańcy Zanzibaru są niesłychanie pogodni i umieją się cieszyć. Raz przy kolacji trafiliśmy na show. Kelnerka wniosła tort, za nią reszta kelnerów okrążyła salę tańcząc i śpiewając „Jambo”. Dotarli wreszcie do delikwenta – miał urodziny – i cała sala odśpiewała mu : Happy birthday.
Zanzibar kojarzy się z handlem niewolnikami i przyprawami. Nie omieszkaliśmy zatem odwiedzić stolicy –Stone Town ze słynnym targiem niewolników. Muzeum w Pałacu Sułtana zachwyca, a najbardziej luksusowy czarny Austin , który służył ostatniemu sułtanowi.
Trzeba pojechać na Prison Island, choć więźniów już nie ma a wyspa zmieniła lokatorów. Żyją tam olbrzymie żółwie (znane z Galapagos), najstarszy ma 192 lata.
Ostatnia wieczerza- jutro wyjeżdżamy. Żegnając się, kelnerka dodaje dobrze wyuczone zdanie;
„dobra dobra zupa z bobra”
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















