Dzwoni telefon. Jakiś miły żeński głos pyta: Czy rozmawiam z panem Wowkonowicz(?!). Tak. - potwierdzam - Ale ja się deklinuję – dodaję. Ach to przepraszam, zadzwonię później. W tym miejscu zacytuję genialnego matematyka i świetnego aforystę. Otóż Hugo Steinhaus powiedział tym, którzy nie życzyli sobie odmieniania ich nazwiska: "Pan jest właścicielem swojego nazwiska tylko w mianowniku liczby pojedynczej. Pozostałymi przypadkami rządzi gramatyka!".
Przypadek panienki z call center tylko potwierdza tendencje ogólnego zidiocenia. Błędy gramatyczne, ortograficzne, semantyczne, nie mówiąc już o merytorycznych, są na porządku dziennym. Ale czemuż to się dziwić, skoro nawet poziom tzw dziennikarzy spada poniżej zera. I będzie coraz gorzej, bo taki jest trend, dopóki prostak czuje się dumny ze swego prostactwa, a nieuk z nieuctwa.
Dawno temu mieliśmy, w domu rodzinnym, gosposię – Marysię. Gdy założyli nam telefon, czuliśmy się, jakbyśmy Pana Boga za nogi złapali. Ale do czasu. Do Marysi wydzwaniali bezustannie rozmaici absztyfikanci, zazwyczaj zaczynając rozmowę od: „kto mówi”. Nie zrażali się naszymi reakcjami, i nawet urządzaliśmy sobie konkurs na najlepszą odpowiedź. Rekord padł szybko.
- Kto mówi- klasyczne zadzierzgnięcie rozmowy
- Joanna D’Arc- reakcja mamy była błyskotliwa. Ale nie doceniła interlokutora.
- Pani Darkowa, pani da Marysię!!!
No tak ale to było ponad pół wieku temu. Ale i dziś założę się, widząc z przerażeniem co się wokół dzieje, że spory procent pytanych kto zacz Joanna D’arc, będzie miała z odpowiedzią kłopot.
Trochę sobie ponarzekałem. Ale dobrze. Przecie mój blog musi sobie zasłużyć jakoś na nazwę: „Z notatnika pryka”
Ku pokrzepieniu serc. Emerytura jest okresem życia dającym , wbrew pozorom, najwięcej możliwości. Nie poddawać się. Nie zamykać. Przypomnieć sobie stare pasje, tworzyć nowe.
piątek, 6 grudnia 2019
niedziela, 23 czerwca 2019
Łagów
Łagów
Wczesna lata 70’. Zaczęły kiełkować nieśmiało letnie „kongresy brydżowe”, a jednym z najwcześniejszych był kongres w Sławie Śląskiej. Nikogo spośród braci brydżowej nie mogło zbraknąć, byłem zatem i ja. Piękna okolica i warunki gry. Ale nie ma róży bez ognia. Wskoczyłem do jeziora w przepięknych (dostałem właśnie na imieniny) białych kąpielówkach. Wyszedłem w brązowych! Wkurzyło mnie to niemiłosiernie. A gdy jeszcze w „szklance’ (taki barak gdzie graliśmy) temperatura przekroczyła 40 stopni – powiedziałem że wyjeżdżam.
Wiesz co?- powiedział Witek, mój kolega z drużyny – jest tu niedaleko „perła ziemi lubuskiej”. To Łagów. Piękne miejsce, może spróbujemy?
Pojechaliśmy. Z trzema przesiadkami PKS-em, wylądowaliśmy w Łagowie.
Cudo. Piękne miasteczko, dwa czyste jeziora, jedno najgłębsze w okolicy. Postawiliśmy tam namioty i napawaliśmy się nieskażoną niczym przyrodą i piękną okolicą. Notabene, to tam właśnie od pół wieku odbywa się festiwal „Lubuskie lato filmowe’, gdzie o zaszczytne „Złote Grono” walczą najlepsze produkcje polskie, i nie tylko.
Ucieszyłem się zatem niezmiernie, gdy jedną z propozycji „wczasów brydżowych”, był właśnie Łagów. Na wczasy brydżowe jeździmy ostatnio często i chętnie. Łagów przez tyle lat, jakby się nie zmienił. Ten sam, górujący nad miastem Zamek Joanitów, ta same malownicze „bramy” w budynkach, przez które przechodzi droga. Znaleźliśmy, z niemałym wzruszeniem, miejsce naszego dzikiego obozowiska sprzed blisko 50 lat. Zmieniła się nieco infrastruktura, nowe (nieliczne) ośrodki, wypożyczalnia rowerów, czy kajaków. Kąpielisko czynne.
A sama idea „wczasów brydżowych” – wspaniała. Bez ograniczeń- od arcymistrzów po nieomalże początkujących. Atmosfera przyjaźni i życzliwości. I każdy nosi buławę w tornistrze – nie tylko ci najlepsi wygrywają!
Wczesna lata 70’. Zaczęły kiełkować nieśmiało letnie „kongresy brydżowe”, a jednym z najwcześniejszych był kongres w Sławie Śląskiej. Nikogo spośród braci brydżowej nie mogło zbraknąć, byłem zatem i ja. Piękna okolica i warunki gry. Ale nie ma róży bez ognia. Wskoczyłem do jeziora w przepięknych (dostałem właśnie na imieniny) białych kąpielówkach. Wyszedłem w brązowych! Wkurzyło mnie to niemiłosiernie. A gdy jeszcze w „szklance’ (taki barak gdzie graliśmy) temperatura przekroczyła 40 stopni – powiedziałem że wyjeżdżam.
Wiesz co?- powiedział Witek, mój kolega z drużyny – jest tu niedaleko „perła ziemi lubuskiej”. To Łagów. Piękne miejsce, może spróbujemy?
Pojechaliśmy. Z trzema przesiadkami PKS-em, wylądowaliśmy w Łagowie.
Cudo. Piękne miasteczko, dwa czyste jeziora, jedno najgłębsze w okolicy. Postawiliśmy tam namioty i napawaliśmy się nieskażoną niczym przyrodą i piękną okolicą. Notabene, to tam właśnie od pół wieku odbywa się festiwal „Lubuskie lato filmowe’, gdzie o zaszczytne „Złote Grono” walczą najlepsze produkcje polskie, i nie tylko.
Ucieszyłem się zatem niezmiernie, gdy jedną z propozycji „wczasów brydżowych”, był właśnie Łagów. Na wczasy brydżowe jeździmy ostatnio często i chętnie. Łagów przez tyle lat, jakby się nie zmienił. Ten sam, górujący nad miastem Zamek Joanitów, ta same malownicze „bramy” w budynkach, przez które przechodzi droga. Znaleźliśmy, z niemałym wzruszeniem, miejsce naszego dzikiego obozowiska sprzed blisko 50 lat. Zmieniła się nieco infrastruktura, nowe (nieliczne) ośrodki, wypożyczalnia rowerów, czy kajaków. Kąpielisko czynne.
A sama idea „wczasów brydżowych” – wspaniała. Bez ograniczeń- od arcymistrzów po nieomalże początkujących. Atmosfera przyjaźni i życzliwości. I każdy nosi buławę w tornistrze – nie tylko ci najlepsi wygrywają!
niedziela, 7 kwietnia 2019
important 4 men
Coś ważnego
No i przyszedł ten moment, przychodzi zresztą co roku, że trzeba przedłużyć badania techniczne samochodu. Ne ma problema- jak powiedzieliby nasi bracia. Sęk w tym że samochodom 4x4, a taki niestety posiadam, nie robią badań CT wszędzie. Wysłali mnie gdzieś na Bródno czy jeszcze dalej, a tam bez problemów i specjalnych wstrętów badania owe mi zrobili. Niestety z wrodzonego lenistwa i (nie wiadomo czemu) w zaufaniu do pamięci własnej nie zapisuję danych- adresów, telefonów- lecz staram się zapamiętać. Najczęściej bezskutecznie, choć np. kod telefonu do firmy: 10 do trzeciej , 9 do drugiej- to łatwizna Ale ten adres, a właściwie wskazówkę to sobie zapamiętałem. Jest to mianowicie coś ważnego dla faceta.
Uzbrojony w powyższą wiedzę już po roku, (badania CT są wszak co rok) staram się ten adres odnaleźć. Nie jest to wszelako proste. Biorę Google mapy i szukam:
Budowlana. Każdy facet ma niby wybudować w życiu dom. Jest to zatem ważne. Ale czy aż tak?
Skargi. No nie. Mężczyzna nigdy nie płacze. A tem bardziej nie skarży się.
Oliwska. Naoliwić się czasem nie zaszkodzi ale czy to aż takie ważne? Chyba nie.
Fantazyjna i Młodzieńcza. Fajne, ale młodość- to se na vrati, choć fantazja ciągle jest. Po krótkich wahaniach przeszedłem do następnego punktu.
Panny. O, to być może, panny wszak są ważne dla facetów. Ale szukajmy dalej.
Nieco znużony już i zniechęcony, zły na siebie bez wiary przeszukuję mapę dalej. Aż tu nagle…
Staniewicka! Oczywiście. STANIE WICKA to dla faceta bardzo ważne. To je ono!!
Pojechałem, rację miałem!
No i przyszedł ten moment, przychodzi zresztą co roku, że trzeba przedłużyć badania techniczne samochodu. Ne ma problema- jak powiedzieliby nasi bracia. Sęk w tym że samochodom 4x4, a taki niestety posiadam, nie robią badań CT wszędzie. Wysłali mnie gdzieś na Bródno czy jeszcze dalej, a tam bez problemów i specjalnych wstrętów badania owe mi zrobili. Niestety z wrodzonego lenistwa i (nie wiadomo czemu) w zaufaniu do pamięci własnej nie zapisuję danych- adresów, telefonów- lecz staram się zapamiętać. Najczęściej bezskutecznie, choć np. kod telefonu do firmy: 10 do trzeciej , 9 do drugiej- to łatwizna Ale ten adres, a właściwie wskazówkę to sobie zapamiętałem. Jest to mianowicie coś ważnego dla faceta.
Uzbrojony w powyższą wiedzę już po roku, (badania CT są wszak co rok) staram się ten adres odnaleźć. Nie jest to wszelako proste. Biorę Google mapy i szukam:
Budowlana. Każdy facet ma niby wybudować w życiu dom. Jest to zatem ważne. Ale czy aż tak?
Skargi. No nie. Mężczyzna nigdy nie płacze. A tem bardziej nie skarży się.
Oliwska. Naoliwić się czasem nie zaszkodzi ale czy to aż takie ważne? Chyba nie.
Fantazyjna i Młodzieńcza. Fajne, ale młodość- to se na vrati, choć fantazja ciągle jest. Po krótkich wahaniach przeszedłem do następnego punktu.
Panny. O, to być może, panny wszak są ważne dla facetów. Ale szukajmy dalej.
Nieco znużony już i zniechęcony, zły na siebie bez wiary przeszukuję mapę dalej. Aż tu nagle…
Staniewicka! Oczywiście. STANIE WICKA to dla faceta bardzo ważne. To je ono!!
Pojechałem, rację miałem!
poniedziałek, 25 czerwca 2018
SKIS
SKIS to nie żarty - to nie narty
Dostałem zaproszenie na Spotkania Kulturalne i Sztuczne. Wystosował je niestrudzony działacz na niwach różnych, tym razem kultury – Wojtek Szymańczuk. Wraz z żoną Anią podjęli się rzeczy prawie niemożliwej (w dzisiejszych czasach) – integracji kulturalnej różnych środowisk. A więc – spotkania z ciekawymi postaciami ze świata muzyki, literatury etc. Profi i amatorzy, kto tylko słucha, i ten kto tworzy. Bez podziałów. Na pierwszy ogień poszedł Piotr Michnikowski – syn legendarnego przecież Wiesława. Sam śpiewał przy gitarze swoje piosenki, teksty przypominające klimatem Jeremiego Przyborę. A że formuła spotkania bardzo różna – i dla mnie znalazło się miejsce przy klawiaturze fortepianu. Dobrze że się odważyłem, i zostałem życzliwie przyjęty. Pierwszy i ostatni, być może, raz, bo Wojtek już myśli o zaproszeniu finalisty Konkursu Chopinowskiego!
Wieczór autorski Jerzego Smolińskiego. Jego wiersze mają taki klimat że aż proszą się o muzykę. Gdy natarczywie przedstawiałem swój punkt widzenia, Autor zgodził się ze mną i (być może an odczepnego) rzucił: to zaproponuj coś! Dwa razy nie trzeba mnie prosić. Napisałem muzykę i sam to wykonałem! Entuzjastyczne przyjęcie (w tym przez samego Autora) skłoniło mnie do zaprezentowania w internecie. Recenzje bardzo dobre, że aż strach się bać!!
Dostałem zaproszenie na Spotkania Kulturalne i Sztuczne. Wystosował je niestrudzony działacz na niwach różnych, tym razem kultury – Wojtek Szymańczuk. Wraz z żoną Anią podjęli się rzeczy prawie niemożliwej (w dzisiejszych czasach) – integracji kulturalnej różnych środowisk. A więc – spotkania z ciekawymi postaciami ze świata muzyki, literatury etc. Profi i amatorzy, kto tylko słucha, i ten kto tworzy. Bez podziałów. Na pierwszy ogień poszedł Piotr Michnikowski – syn legendarnego przecież Wiesława. Sam śpiewał przy gitarze swoje piosenki, teksty przypominające klimatem Jeremiego Przyborę. A że formuła spotkania bardzo różna – i dla mnie znalazło się miejsce przy klawiaturze fortepianu. Dobrze że się odważyłem, i zostałem życzliwie przyjęty. Pierwszy i ostatni, być może, raz, bo Wojtek już myśli o zaproszeniu finalisty Konkursu Chopinowskiego!
Wieczór autorski Jerzego Smolińskiego. Jego wiersze mają taki klimat że aż proszą się o muzykę. Gdy natarczywie przedstawiałem swój punkt widzenia, Autor zgodził się ze mną i (być może an odczepnego) rzucił: to zaproponuj coś! Dwa razy nie trzeba mnie prosić. Napisałem muzykę i sam to wykonałem! Entuzjastyczne przyjęcie (w tym przez samego Autora) skłoniło mnie do zaprezentowania w internecie. Recenzje bardzo dobre, że aż strach się bać!!
sobota, 23 grudnia 2017
Kajam się
Kajam się
Skleroza nie wybiera, wali równo. Mnie też się dostało, gdy zapomniałem o imieninach (co za wstyd) mojego starego przyjaciela. Aby to naprawić – wysłałem mu taki wierszyk.
Wstaję wesoły rano z pościeli,
Żonka także samo się weseli
I smaży jaja, szczęście wokoło,
Gdy wtem myśl taka trafia mnie w czoło:
Czy my o Dzidku nie zapomnieli?
I mu nie złorzeczyli???
Nastrój pryska w jednej chwili,
Patelnia wypada jej z ręki,
Nie cieszą mnie już jej wdzięki!
(Nawet gdy kusząco się pochyli).
Nie złożyłem życzeń, więc się kajam.
Smażonego na szynce jajka jam
Niegodny i pójdę do piekła,
By ta skucha mi się nie upiekła
I nawet karę swą podwajam.
Alem coraz starszy i nie gwarantuję,
(Choć bardzo nad tym pracuję)
Że za rok zachowam się godnie.
Przypominaj mi więc co dwa tygodnie,
To i niespodziankę przygotuję...
Skleroza nie wybiera, wali równo. Mnie też się dostało, gdy zapomniałem o imieninach (co za wstyd) mojego starego przyjaciela. Aby to naprawić – wysłałem mu taki wierszyk.
Wstaję wesoły rano z pościeli,
Żonka także samo się weseli
I smaży jaja, szczęście wokoło,
Gdy wtem myśl taka trafia mnie w czoło:
Czy my o Dzidku nie zapomnieli?
I mu nie złorzeczyli???
Nastrój pryska w jednej chwili,
Patelnia wypada jej z ręki,
Nie cieszą mnie już jej wdzięki!
(Nawet gdy kusząco się pochyli).
Nie złożyłem życzeń, więc się kajam.
Smażonego na szynce jajka jam
Niegodny i pójdę do piekła,
By ta skucha mi się nie upiekła
I nawet karę swą podwajam.
Alem coraz starszy i nie gwarantuję,
(Choć bardzo nad tym pracuję)
Że za rok zachowam się godnie.
Przypominaj mi więc co dwa tygodnie,
To i niespodziankę przygotuję...
piątek, 24 listopada 2017
Lanzarote
Najbardziej fascynująca z Wysp Kanaryjskich – Lanzarote. Park Narodowey Timanfaya jest na liście UNESCO nie po to, by teraz dawać go zadeptać. Wjazd na „drogę wulkanów” tylko autokarami w zorganizowanych grupach. Wjeżdżamy na samą górę, skąd rozpościerają się widoki na kratery wulkanów.
Niedowiarki mówią, że sceny (ponoć na żywo) ze zdobycia księżyca, były nadawane stąd!! W autokarze, z głośników słyszymy ciekawe komentarze na tle wspaniale dobranej muzyki (Requiem Mozarta), potęgującej wrażenie.
A wszędzie, gdzie się ruszymy widać rękę Cazarego Manrique. Genialny architekt, polityk i działacz, doprowadził mi.in. do porządku architektonicznego. Nie ma wieżowców, dużych centrów handlowych, a przede wszystkim reklam, szpecących krajobraz. Domki są parterowe lub jednopiętrowe, pomalowane na biało.
Co krok widać też jego prace, jak np. pomniki „żywe” (na wiatr) czy statyczne jak „pomnik wieśniaka”. W grotach „jameos del agua” zaprojektował amfiteatr z taką niepowtarzalną akustyką, że Stańko już nie musi lecieć do Indii, by w jaskiniach Karla Caves nagrać kolejną płytę.
W drodze powrotnej przystanek w kawiarence na wyśmienitą kawę z rumem. Jedna z pań nic nie zamawia, informując z wyższością, że nie będzie płacić za kawę (1 Euro), bo ma przecież „All excuse me”. Druga nie chce być gorsza i zamawia: Kava, proszę. Mieliśmy uciechę, gdy kelner przyniósł szampana. Mina pani – bezcenna.
Przez lata głównym przedmiotem polowania ( z tchórzofretkami) były króliki. Stąd tubylcy nazywani są „Conejeros” (conejo- królik). Radzę nie pomylić z „cojoneros”.
Sami już robimy wycieczki po wyspie. Wjeżdżamy na najwyższe punkty wyspy z wulkanem Corona, i cudownym widokiem na wysepkę Graciosa. Zjeżdżamy do wioski przylepionej do morza – Punta Mujeres. Domy dotykające do Oceanu są często zalewane. Na jednym z nich zobaczyliśmy zadziwiające rękodzieło – podwyższenie komina o metr. Okazało się, że w czasie sztormów woda tak szaleje, że wlewała im się przez komin.
W zatoce surferów podziwiamy dwumetrowe fale. Kąpieli nie ryzykowaliśmy. Za to kąpiemy się chętnie na naszej plaży w Puerto del Carmen. To już trzecia nasz pobyt w tym regionie, i nie ostatni.
Niedowiarki mówią, że sceny (ponoć na żywo) ze zdobycia księżyca, były nadawane stąd!! W autokarze, z głośników słyszymy ciekawe komentarze na tle wspaniale dobranej muzyki (Requiem Mozarta), potęgującej wrażenie.
A wszędzie, gdzie się ruszymy widać rękę Cazarego Manrique. Genialny architekt, polityk i działacz, doprowadził mi.in. do porządku architektonicznego. Nie ma wieżowców, dużych centrów handlowych, a przede wszystkim reklam, szpecących krajobraz. Domki są parterowe lub jednopiętrowe, pomalowane na biało.
Co krok widać też jego prace, jak np. pomniki „żywe” (na wiatr) czy statyczne jak „pomnik wieśniaka”. W grotach „jameos del agua” zaprojektował amfiteatr z taką niepowtarzalną akustyką, że Stańko już nie musi lecieć do Indii, by w jaskiniach Karla Caves nagrać kolejną płytę.
W drodze powrotnej przystanek w kawiarence na wyśmienitą kawę z rumem. Jedna z pań nic nie zamawia, informując z wyższością, że nie będzie płacić za kawę (1 Euro), bo ma przecież „All excuse me”. Druga nie chce być gorsza i zamawia: Kava, proszę. Mieliśmy uciechę, gdy kelner przyniósł szampana. Mina pani – bezcenna.
Przez lata głównym przedmiotem polowania ( z tchórzofretkami) były króliki. Stąd tubylcy nazywani są „Conejeros” (conejo- królik). Radzę nie pomylić z „cojoneros”.
Sami już robimy wycieczki po wyspie. Wjeżdżamy na najwyższe punkty wyspy z wulkanem Corona, i cudownym widokiem na wysepkę Graciosa. Zjeżdżamy do wioski przylepionej do morza – Punta Mujeres. Domy dotykające do Oceanu są często zalewane. Na jednym z nich zobaczyliśmy zadziwiające rękodzieło – podwyższenie komina o metr. Okazało się, że w czasie sztormów woda tak szaleje, że wlewała im się przez komin.
W zatoce surferów podziwiamy dwumetrowe fale. Kąpieli nie ryzykowaliśmy. Za to kąpiemy się chętnie na naszej plaży w Puerto del Carmen. To już trzecia nasz pobyt w tym regionie, i nie ostatni.
poniedziałek, 7 sierpnia 2017
Jak przypadek wpływa na historię.
Jak przypadek wpływa na historię.
Przez lata nurtowało mnie pytanie: dlaczego hymn USA jest tak koślawy?! Dlaczego w połowie zwrotki ktoś (?kto?) zgubił rytm i niezdarnie to załatał? Nie dawało mi to spokoju i dotarłem do źródła - ów hymn pochodzi od starej pieśni pijackiej „Anakreont w niebie”. Ów Anakreont był znanym rozpustnikiem i sybarytą. Znając genezę, wyjaśnienie wydaje się prostsze. Ktoś w pijackim upojeniu pomylił się, a reszta za nim. I tak zostało.
Przypadek? Takich jest więcej. Np. podczas balu dworskiego, jedna z dam zgubiła podwiązkę. Śmichy-chichy szybko uciszył sam król. Z komentarzem „Hańba temu, kto źle o tym myśli ” zawiązał ja na własnej nodze. I ustanowił Order Podwiązki.
Inny monarcha, tym razem angielski, miał zwyczaj chodzić na ryby i na mokradła. Aby uchronić spodnie przed brudem i wilgocią, podwijał je. Inni modnisie to podchwycili. I tak powstały mankiety.
Przez lata nurtowało mnie pytanie: dlaczego hymn USA jest tak koślawy?! Dlaczego w połowie zwrotki ktoś (?kto?) zgubił rytm i niezdarnie to załatał? Nie dawało mi to spokoju i dotarłem do źródła - ów hymn pochodzi od starej pieśni pijackiej „Anakreont w niebie”. Ów Anakreont był znanym rozpustnikiem i sybarytą. Znając genezę, wyjaśnienie wydaje się prostsze. Ktoś w pijackim upojeniu pomylił się, a reszta za nim. I tak zostało.
Przypadek? Takich jest więcej. Np. podczas balu dworskiego, jedna z dam zgubiła podwiązkę. Śmichy-chichy szybko uciszył sam król. Z komentarzem „Hańba temu, kto źle o tym myśli ” zawiązał ja na własnej nodze. I ustanowił Order Podwiązki.
Inny monarcha, tym razem angielski, miał zwyczaj chodzić na ryby i na mokradła. Aby uchronić spodnie przed brudem i wilgocią, podwijał je. Inni modnisie to podchwycili. I tak powstały mankiety.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














