niedziela, 21 lutego 2021

tablice rejestracyjne

Z tablic rejestracyjnych można dużo wyczytać.
Hiszpania, Andaluzja. Rok 1984. Wracamy do Algierii z wycieczki po Europie. Przez Hiszpanię i Maroko, bo tak najprościej. Zajeżdżamy naszym „baniolem” świeżo nabytą renówką (R18 kombi), na belgijskich blachach celnych, na parking. Trza wszak coś zjeść, napić się, odpocząć. Samochód, jak inne, sensacji nie wzbudza, ciekawi natomiast Zastava stojąca nieopodal na tymże parkingu. Rozlokowaliśmy się jako tako i ciekawi mnie ta Zastava. Podchodzą bliżej i słyszę (po polsku) „jakiś facet idzie, czego on chce?”. Patrzę i oczom nie wierzę – algierska rejestracja kooperancka -99- CT (Cooperation Technique) nr wilajatu (takie ichnie województwo) 22 czyli Sidi- Bel- Abbes (SBA). Dla ułatwienia- Tlemcen, tam gdzie mieszkaliśmy miało nr 13 Właściciele Zastawy zastygają w oczekiwaniu.
- Dzień dobry – zagajam- jak tam w Sidi- Bel- Abbes? Zbyszek Furdzik jeszcze jest, czy już wyjechał? Szczęki opadły im tak nisko, że słychać było łoskot. I tak pozostali chyba do dziś.
Podobny przypadek opowiedzieli mi moi przyjaciele z Guelmy (nieopodal Annaby). Wracali po wieloletnim pobycie w Algierii, Peugeotem (na numerach algierskich) do domu, do Białegostoku. I tuż koło domu, w wyludnionym kompletnie mieście mieli stłuczkę. Towarzyszem niedoli okazał się być Peugeot 504. A właściciel?- inny kooperant z Algieru!!! Nic dziwnego, bo przecie w Białymstoku najpopularniejszym pojazdem musi być Peugeot na rejestracji algierskiej!
A w Libii szybciutko trzeba było szybciutko nauczyć się cyferek arabskich. Tych z których wyrosły nasze cyferki nazywane „arabskimi”. Ono nazywają je – angielskie. Na tablicach rejestracyjnych tylko cyfry arabskie wyst epowały. Acha – numery lotów na tablicy odlotów na lotnisku - też TYLKO po arabsku>

Niespodziewane spotkania

Mogą być mile i niemiłe. Raczej rzadkie. Ale zawsze niespodziewane. Kilka przykładów: Warszawa. Lata siedemdziesiąte. Zaczynam moją przygodę i fascynację staro-daleko-wschodnią grą GO. Jestem stałym gościem GO - klubu i zacięcie trenuje. Gram i też uczę się kibicując tym najlepszym. Widzę że staje kolo mnie jakiś gościu i odzywa się w te słowa: - że to aż do GO - klubu trzeba było przyjść że by cię spotkać!
Patrzę i nie poznaję- facet z broda (jak i ja) i nic mi nie świta. Dopóki nie przedstawił się: Przemko jestem! Mój najlepszy przyjaciel ze szkoły podstawowej. Później z Liceum Lelewela. Po maturze, na studiach straciliśmy się z oczu. Że aż klubu Go trzeba było by się odnaleźć. Na dowód – zdjęcie z pierwszych Mistrzostw Polski w GO. Na drugim stole – za Wojtkiem Pijanowskim – właśnie Przemcio.
Trypolis, Libia. Wigilia 1978. Kilku singli (jak i ja) robi w siedzibie naszej firmy (WADECO) skromną wigilię, zostawiając wszelako jeden talerz dla wędrowca. Gdy już dotarłem na miejsce (mieszkałem niedaleko) i rozgościłem się, okazało się, że ten talerz dla wędrowca wyjątkowo w tym roku, się przyda. Jeden z naszych pracowników, mieszkających w Misuracie (ponad 100 km od Trypolisu) postanowił tu przyjechać. Teraz się przebiera po podróży i za chwilę będzie. Zjawia się.
???Janusz??? ???Piotrek??? Mój dobry przyjaciel z pierwszego roku studiów (też na W, więc byliśmy w jednej grupie). Nie przeszedł matematyki na pierwszym roku, przeniósł się na Geodezję. Tak to został wkrótce „skoczybruzdą”. I wyjechał do Libii. Lanzarote – 2017. Jedziemy na wycieczkę krajobrazowa jeepem po bezdrożach wyspy. Kierowca pyta nas, czy nie przeszkadza na muzyka. I don’t mind – mówię ale coś mnie nurtuje. Do you like music?– kontynuuje chyba dla poddierżywania razgawora. Podejrzenie narasta. Never – mówię. I dodaję: never gonna give you up! Wybałuszył oczy i bacznie zaczyna mi sie przyglądać I wice wersal. GOT YOU!! O.. sk..ulati!!!
W Algierii pracowałem jakiś czas z Portugalczykiem. Sympatyczny chłopak i miłośnik muzyki. Polubiliśmy się więc. Muzykę lubił a Barry White’a kochał. Przy „Never gonna give you up” doznawał wręcz ekstazy. Na imię miał Jordi. Nazwałem go Osculati, no bo jak można inaczej nazwać Portugalczyka! Podchwycili to i inni, no i jego prawdziwe imię gdzieś znikło. Było to w latach 80’. 30 lat temu!! A teraz już słyszę, że z głośnika leci Barry White.

piątek, 15 stycznia 2021

pada snieg

Za oknem zima. Pada śnieg. Rzecz to, w ostatnich latach niezwyczajna. A kiedyś (nie tak dawno była to normalka). Pół wieku temu mieliśmy swa Mekkę zimową. Był to Szczyrk. I zaprzyjaźnieni gospodarze. Zaprzyjaźnieni do tego stopnia, że zapraszali na nawet na Święta. Zaraz po wigilii w 1 dzień Bożego Narodzenia zasuwaliśmy do Szczyrku. Gdy dotarliśmy, przebijając się przez zaspy w okolicy Częstochowy, gospodarz - stary Urbaniec (Wacek), już napalił w piecu u nas, a Urbańcowa (Kaśka) miała przygotowany gorący świąteczny obiad. Zdarzały się (rzadko) i bezśnieżne zimy ale generalnie byliśmy zasypywani. I tak to któregoś wieczora, za oknem prószy śnieg, a gospodarz woła mnie potajemnie do swojego „gościnnego” pokoju. Zachodzę ci ja tam, a tu za stołem siedzi jakiś facet. Otwarte pół litry i zapraszają mnie do kompaniji. Trunkowy to ja znowu nie jestem, ale gburem nie chcę się okazać. Siadam i strzelamy pierwszą lufę na przywitanie. I nagle Urbaniec pyta mnie, czy wiem z kim mam do czynienia. To jest - uświadamia mnie - wicemistrz świata w skokach, legenda polskiego narciarstwa – Łaciak.
- Antek jezdem – mistrz funduje mi grabulę - Piotrek – odpowiadam zaszczycony - no to napijmy się. Za oknem sypie śnieg. I tu cofamy się jeszcze dalej. Pamięć już nie ta, więc może szwankować, ale było to jakoś tak: Im bardziej pada śnieg Bim bom Im bardziej sypie śnieg Bim bom Im bardziej prószy śnieg… - A mówiłeś że pada śnieg, Puchatku - Tak ale to było przedtem, Prosiaczku - Przed Bimbomem? - To był inny Bimbom - Acha …Jak biały puch z poduszki I nie wie zwierz czy człek Bim bom Choć żyłby cały wiek Bim bom Gdy pada taki śnieg Bim bom Jak marzną mi paluszki - Puchatku, zamiast „paluszki” powinno być „uszki”

urodziny

Dostałem sporo życzeń, oj różnych, różnistych Życzenia zdrowia, kasy. I przekleństw siarczystych. A grono mych przyjaciół, w tym także Puchatek Andrus,
Skaruch, Maliniak,\
profesor Filutek, Krewki Kmicic, pan Michał, Podbipięta wielki Pan Onufry powtarzał: precz, precz smutek w szelki! Pan Kleks i Hamilton
co ze mną się zamienił na banknocie (aliści tu bym nieco zmienił: wziął stówkę zamiast dychy). I sprzedawca węża i mrówka, która - widać że się nadwyręża. Jaś Fasola
też przybył, z prezentem zalega. I Zorro przystojniaczek:
Diego de la Vega. Brakuje Pana Sułka, lecz Pani Eliza Mówi, że się z „Koronki” jeszcze nie wylizał. Prosiaczek , Kłapouchy, Gajowy Marucha, Także Alcest, Maksencjusz, Rufus - wszyscy tu cha- rakter swój pokazali. Lecz najlepszy prezent dostałem od Stocha, którego wspomagali Żyłka, Kuba.. i reszta. Co tu będziem dali gadać – Jesteście Wielcy. Za prezent dziękuję. Za rok proszę to samo. Bo sam nie spróbuję.
Ps. A teraz z żonką (to moje słonko) Idziem na pyszne jedzonko
Ps2. Nie mają już o czym pisać, bo przecie pisali i o mnie w gazecie

sobota, 5 grudnia 2020

Wielki Mistrz Waligórski

Szklanka do połowy pusta Albo pełna. Komunikat: dziś zanotowaliśmy 574 zgony Radosny komunikat TVP: dziś zwolniły się 574 łóżka Nie wiem co o tym myśleć, ale oddam głos ekspertowi Niezapomniany Andrzej Waligórski: Udzielał raz wywiadu kotek, że jest zdrowy, Wtem uszki mu opadły, oczki wyszły z głowy, Pękł mu brzuch, ogon, płuca i głosowa struna, Wreszcie zdębiał, ocipiał, zesrał się i umarł. Amen. Posłuchałem przypadkowo (nie zdążyłem przełączyć) jakiegoś niedo- rzecznika z sekty i tych bredni nie jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć. Aby kompletnie nie ocipieć udałem się po pomoc do mojego guru – Andrzeja Waligórskiego. Raz chory niedźwiedź pierdział, budząc miłosierdzie A suseł mu oklaski bił po każdym pierdzie. Czy ten suseł zwariował? - spytał dzięcioł śledzia. Nie - śledź odparł - to rzecznik prasowy niedźwiedzia.

PULS

Puls wyznaczający ważne wydarzenia z życia. Małe, jak np. cotygodniowy turniej brydżowy, Średnie, jak miesięcznice (sorry, ale nie mogłem sobie odmówić tego żartu), Duże jak coroczny wyjazd na narty w Dolomity (passé.), czy na letnie wakacje Te największe. Kiedyś to był Plan Pięcioletni (małolaty niech spytają dziadków co to było). Dziś do nich należy wyznaczający pięciolatkę Konkurs Chopinowski. Uczestniczę aktywnie w tym wydarzeniu od 60 lat (!!). W tym roku konkurs przełożony (a mam już zakupione bilety) i puls zanika! Dla odświeżenia – garść nietypowych wspomnień. Na początek miniaturka nr 1: Rok 2015. Atmosfera senna, gdy na estradę wychodzi Chińczyk Julian Jia. Pierwsze takty etiudy chromatycznej stawiają mi uszy do góry. Wykonanie niebanalne, I can’t help feeling, że to już słyszałem. Grane z taką nutką swingu, że nie sposób zapomnieć. Było to chyba na eliminacjach do poprzedniego Konkursu. Ale ten facet (a może to babka) zupełnie nie podobny…. Wracam do domu i odszukuję program sprzed 5 lat. Mam! Ten sam facet. A mój dopisek na tej stronie programu: „geniusz” I tu refleksja. Nie potrzebne nam żadne systemy identyfikacji i inwigilacji ludzi. Zdradzi cię wykonanie etiudy chromatycznej!!
PULS cz 2 Migawki z Konkursu Chopinowskiego. Z różnych lat. dziś miniaturka nr 2: Francuzki grają koncert nr 2 f-moll. Rok 2010. Do finału dociera Francuzka Helene Tysman. Jej gra, bardzo wrażliwa, doskonale pasuje do muzyki Chopina. Cudowne, nietypowe wykonanie finału sonaty b-moll stawiało ją w rzędzie moich faworytów. Ale wrażliwość do pewnych granic. W finałowym wykonaniu koncertu f-moll Helene tak się zasłuchała w piękno tej muzyki, że zapomniała ze to ona sama gra!! I nie weszła w odpowiedniej chwili, po wstawce orkiestrowej. Klops. Ale publika i tak ją nagrodziła olbrzymimi brawami. No i cofamy się do roku 1990. Też finałowy koncert gra Caroline Sageman. I tutaj publiczność (w tym i ja) z przerażeniem widzi (i słyszy), że Caroline sam finał gra koncertu gra dowolnie. Losowo wybrane klawisze, byle w tempie i tonacji. - Coroline, co się stało – zapytałem ją. – Nic wielkiego (?!). Po prostu sam awans dojścia do finału był takim zaskoczeniem, że nie przygotowałam koncertu!! Ale i tak jestem bardziej niż zadowolona. Fakt. Wtedy faworytem ekipy francuskiej był Philippe Gusiano. Aby zobrazować to, co potencjalnie utraciliśmy, voici finał koncertu f-moll. Dłuższy czas miałem to na dzwonku telefonu. Dla zobrazowania – kilka fotek z Warszawy nocą.
A ja wciąż żyję konkursami Chopinowskimi Tego gościa udało mi się poznać. Osobiście!! Garrick Ohlsson W konkursach chopinowskich największy szok lat siedemdziesiątych to...nie, nie, wcale nie Christian Zimmerman, lecz Garrick Ohlsson. Zwalisty chłop o rękach jak bochny chleba, ale gdy grał zwiewne etiudy to, jak pięknie określił to Waldorf, 2 bochny chleba zamieniały się w 2 motyle fruwające nad klawiaturą. Gdy udało mi się wejść na jego występ III etapu, byłem w siódmym niebie. Mącił ten radosny fakt jeden szczegół: otóż w programie była sonata h-moll, której nie rozumiałem, nie ceniłem i odpokutowywałem niemalże każde jej wykonanie. Po prostu przecudowna sonata b-moll tak usunęła ją w cień. Aliści pierwsze dźwięki tejże sonaty postawiły mi uszy do góry, w drugiej części usłyszałem po raz pierwszy całe jej bogactwo i piękno a w finale padłem plackiem i nie podniosłem się. Te 15-minutowe brawa, podtrzymywane na siłę przez jakiegoś maniaka, słyszalne na płycie (nagranie na żywo z przesłuchania) TO JA! Historia zatacza kręgi gdy u schyłku lat osiemdziesiątych dowiedziałem się, że do Warszawy przyjeżdża Garrick Ohlsson, z niecierpliwością i wypiekami czekałem na koncert. Tym bardziej że w programie były wszystkie 3 sonaty Chopina; b-moll (nie wymagająca rekomendacji), h-moll której wykonanie właśnie przes Ohlssona dokładnie wstrząsnęło mną i przewróciło świat do góry nogami, oraz c-moll (wg Webera niesłusznie pomijana i zapomniana). No i co? Nic. Nuda proszę pana. Wykonania przefilozofowane, młodzieńcza werwa gdzieś odleciała, finał sonaty h-moll który porwał w 1970 nawet staruszki z wózków, beznadziejnie wolny i cichy. Na bis (niewiadomo po co) claire de lune przy którym mało nie usnąłem, bo trwało chyba z pół godziny. Jak widać nie tylko wykonania głośne i szybkie są zadziwiające.

Zgarniamy całą PULĘ

Zgarniamy całą PULĘ
Swego czasu, na przełomie wieków, odbywały się chętnie tzw „rodzinne Kongresy Brydżowe”, zwane popularnie wczasami brydżowymi. Zrazu w Augustowie, potem w Olecku, poczem zmarły śmiercią naturalną. Ja, zagorzały uczestnik tychże (nawet mam stosowne puchary) odczuwałem dotkliwie ich brak. Ale życie nie znosi próżni, jest przecież Pula na Chorwacji. Okolica atrakcyjna, pogoda ładna, a dodatkową atrakcją miał być start w turnieju teamów. Zapowiedział przyjazd z Ameryki Jarosław Kukliński, który przed laty grał w parze z Witoldem Sobotkowskim. Byli oni bardzo silną i liczącą się w świecie brydżowym parą, toteż z radością przyjąłem propozycję gry z nimi w teamie.
No i końcu ruszamy, po drodze nocleg w Mikulovie. Pierwsza rzecz – włażę pod prysznic. A tu niespodzianka – ręczniki, a owszem, dali ale rozmiar taki raczej ścierki do naczyń. Jakoś udało się wytrzeć i idę na recepcję po wymianę, ale słyszę (!) że są zaświnione i pani ich nie wymieni (na większe). Przy odjeździe dostajemy wino z domowej winiarni. Dziękujemy, ale na pytanie dlaczego nie dostaliśmy wczoraj? – słyszymy: cobyśta się nie schlali! I tu jednak należy docenić troskę o gości.
Wreszcie dotarliśmy do Puli i kongres się rozpoczyna. Przy stoliku z nami – sam Andrzej Wilkosz. Prowadzący mówi o regulaminie, m.in. nie wolno stosować otwarcia 2 karo Wilkosza. - znów ta dyskryminacja – mruczy pod nosem Wilkosz - Nie znają się - ja na to – i się boją. - Na pewno. Ale wiecie - tu zmienił temat - że na ten kongres przyjechał Jarek Kukliński z USA?? Będzie grał z Sobotkowskim. Kiedyś jak grali razem, to nazywali ich Buba i Wowa (!). Nie zdziw się zatem, (to do mnie) jak ktoś zawoła „Wowa” – że to nie do ciebie. - Pewnikiem się nie zdziwię, – odparłem – tym bardziej że gramy w jednym teamie! - Oh, naprawdę!?
Zagraliśmy, raczej bez sukcesów. Czas jednak robi swoje. Sukcesem był wycieczki. Wspaniale zachowane Fażana i Rovinj, a przede wszystkim sama Pula z okazałą rzymską areną. No i przede wszystkim nie można ominąć słynnych Plitvickich jezior i wodospadów. Kawał drogi, ale warto było wstać bladym świtem i zrobić fotki na półwyspie Istria. Sukcesy brydżowe? – tylko tyle (i aż tyle) że dogoniłem wpisowe. Wracamy, już z pełną premedytacją z jednym tylko (ale jakim!) przystankiem. Jak było do przewidzenia musieliśmy odwiedzić jaskinie w Postojnej Jamie. I już o 5 rano byliśmy w domu.
Tyle wrażeń na jeden wyjazd – można by rzec, że zgarnęliśmy całą pulę