wtorek, 9 października 2012

o Jasiu czy o politykach?



Gdy byłem w szkole, krążył taki kawał:

Pani pyta dzieci- powiedz kto jest twoim idolem.
Kaziu powiedz.
- Mój idol to Zorro, tak bohaterski i odważny.
- siadaj Kaziu , niedobrze, dwója, może ty Zosiu?
- Alicja w krainie czarów bardzo mi się podobała
- Ale Alicja nie może być idolem, też dwója, a ty Jasiu co powiesz?

- Włodzimierz Iljicz Lenin, prosem pani.
I to jest prawidłowa odpowiedź, Jasiu masz piątkę
Jasio siada i szepce na boku: sorry Winnetou, business is business!
I to powiedzenie przypomina mi się gdy patrzę na wyczyny polityków. Zwłaszcza te ostatnie.

czwartek, 4 października 2012

radio (?) złote przeboje



Poszedłem kiedyś do przyjaciół z moim znajomym Australijczykiem. Gospodarze, a szczególnie gospodyni w stresie czy sprostają. Głównie językowo. Ale aborygenowi podoba się, nadeszła pora obiadowa i nasz gość ciekaw co mu podadzą. Jakież był jego zdziwienie gdy pani domu podając zupę zaproponowała mu spróbowanie „ good polish SOAP”


Marsylia. Chcę nabyć w SNCM (żegluga morska) bilet na statek do Algieru, a właściwie na prom gdyż jadę samochodem. Francuski po trzyletnim kursie nie w pełni sprawny toteż podpieram się angielskim. Proszę o bilet na, no właśnie, angielskie słowo ferry- prom jak najbardziej adekwatne (w odróżnieniu od ship- statek).

Ku memu zdumieniu pani przy biurku mówi że do Algieru nie ma „ferry”. Zgłupiałem. Ale po bliższym sprecyzowaniu zagadnienia okazało się że pani zrozumiała- „fer” w domyśle „chemin de fer” (żeliaznaja daroga czyli kolej). Nie jeździ ona jak wiadomo przez Morze Śródziemne do Algieru. Prom zaś nazywa się po prostu- bateau- tak jak statek!


Wczoraj mój młodszy wnuk mnie zaskoczył. Chodzi po pokoju i śpiewa:
WIA-DRO, złote przeboje

niedziela, 30 września 2012

alfabet

Polacy nie gęsi. Więc może np flamingi?
Znaczy to że Rej był wieszczem. Albowiem przewidział niesłychaną dążność naszej nacji do indywidualizowania. I zmian utartych ścieżek. Przykłady?- proszę bardzo:
- Przy okazji tłumaczenia wnukowi Jasiowi zasad tworzenia wielkich liczb, musiałem mu też wyjaśnić (jesteśmy wszak w Europie) różnice w nazewnictwie. Ktoś kiedyś pomyślał. Albo raczej nie.
Otóż mamy podstawę (jednostkę) tysiąc (mille). 10 do potęgi trzeciej , 10^3. Czyli trzy zera. Dalej milion czyli tysiąc tysięcy (10^6), Bi-lion czyli tysiąc milionów (10^9), Try-lion (10^12), Kwadry-lion etc. Proste i logiczne. Można tak wymyślać liczby w nieskończoność.
Ale u nas bilion (i wszystkie inne dalsze wartości) jest w innym miejscu. Miejsce biliona zajął bowiem zupełnie nieoczekiwany stwór- miliard (10^9). Przesuwa to cała tabele w sztuczny sposób i komplikuje niesamowicie kwestie tłumaczeniowe, no bo jak wytłumaczyć anglikowi ze bilion to w zasadzie nie bilion lecz trylion??
- Gdy tworzono gamę muzyczną, za podstawę nazewnictwa wzięto gamę molową zaczynającą się od dźwięku ‘a”. a więc idzie to tak: a-b-c-d-e-f-g-a. I na „A” kółko się zamyka. Gama durowa zaczyna się od „C”: c-d-e-f-g-a-b-c, czyli do-re-mi-fa-sol-la-si-do.
Klawisze czarne nazywamy tak: Albo podnosząc dźwięk „biały”, a więc gis od „g”, czy cis od „c”. Albo obniżając dźwięk, czyli „as” od „a” czy „des” od „d”. Proste.
Inne nacje też mają metodę , np. Anglicy podwyższając dźwięk dodają „sharp”, a obniżając- „flat”. Więc „cis” to c-sharp a „des” to d-flat. Ale u nas ktoś znów „pomyślał”. Otóż nie spodobała mu się nazwa klawisza leżącego pomiędzy „a” i „b”. No bo jak nazywałby się „ais” czy „bes”?. I nazwał go „B” (!!) a następny biały klawisz czyli „b” nazwał pierwszą wolną literą czyi „H”.
No i mamy dziwoląg w skali światowej- popis dla tłumaczy. Sonata b-minor u nas nazywa się h-moll, nie mylić z sonatą b-flat minor, czyli u nas b-moll. A podstawowa gama durowa idzie: c-d-e-f-g-a-h-c. Molowa: a-h-c-d-e-f-g-a. A może by tak uczyć tego alfabetu w szkołach? A H C D E … ładnie, nie?

czwartek, 27 września 2012

aut!


Wracam właśnie z treningu ping ponga. Dziś lekcje miałem z trenerem- Michałem. Taka godzina treningu- zwykle ustawianie i poprawianie techniki to bardzo pożyteczna rzecz, i praktykują to nawet dużo lepsi ode mnie. Ostatni kwadrans to krótki meczyk na punkty. Z Michałem grającym normalnie (szmaja, gra lewa ręką) nie mam żadnych szans więc są 2 metody:

• Pierwsza- handicapowa. Punkty liczą mi się (jak uda się zdobyć jakiś)- trzykrotnie. Zbyt trudny serwis (nie do odebrania) nie liczy się. A za wyjątkowo złośliwy serwis- odejmuję mu punkt. Tym sposobem udaje się jakiegoś pojedynczego seta wygrać.

• Druga metoda- prostsza. Michał na co dzień mańkut, musi grać prawą ręką. To tak jakbym ja grał lewą. Tu już czasami nawiązuje walkę. Dziś spytał jak ma grać. Żadnych ulg- mówię- graj jak człowiek prawą ręką. Ale i tak mnie ograł.
Przy okazji człowiek się uczy. Jedna jego piłka o mały włos nie dotknęła stołu. On podniósł rękę (tak dla żartu), sorry- mówi. Niby ze widział (słyszał) ze piłeczka zahaczyła o stół.

Nie ze mną te numery. Setki godzin gry w tenisa i wypróbowałem takie (wiadomo) żarty.
- przeciwnik gra pierwszy serwis autowy. Aut!- krzyczysz- i walisz rozluźniony cudowną piłką nie do obrony. Przeciwnik zbiera się do drugiego serwu a ty: żartowałem- mówisz.


- leci piłka do której nie dochodzisz, zanim więc spadnie krzyczysz: aut! Bywa ze partner się skonfuduje. Lub tak się roześmieje że rozboli go brzuszek.
A co zrobić jak przeciwnik zagra skrót- tu już nie możesz krzyknąć: aut. Więc co? Obrońca (ty) daleko, napastnik blisko, a więc- spalony!

poniedziałek, 24 września 2012

do pracy rodacy!


No i znów początek nowego roku szkolnego. Jasiek- czwartoklasista- już w innym wymiarze: nie jedna nauczycielka od wszystkiego lecz nauczyciele specjaliści. Najlepszy w klasie z matematyki i chce tę opinię potwierdzić. Fascynują go duże liczby: milion…bilion… trylion… Oktylion- to jest chyba największa liczba- oznajmił mi ostatnio. No to zaczęliśmy wymyślać coraz większe liczby i dla zabawy nazywać je, wytłumaczyłem mu zasady potęgowania. Pojął wszystko w mig. Ciekaw jestem czego będę go uczył w czwartej klasie, funkcji potęgowych czy rachunku różniczkowego??

Jozin- niedawno nie odstawał od ziemi a teraz zasuwa już do średniaków! Patrzeć tylko jak starszaki i szkoła! Bardzo dociekliwy umysł, spędza godziny nad encyklopedią dziecięcą żądając szczegółowych informacji. Dużo spokojniejszy od Jasia ale jak zaczną nakręcać się we dwóch!! Jak to wytrzymać?



Marysia dla odmiany zaczyna swoją przedszkolną przygodę, szybko zaadaptowała się w przedszkolu i podoba się jej. Przezabawnie brzmią w ustach takiego brzdąca wyrażenia z krainy dorosłych: Marysiu , pójdziemy na plac zabaw? „Zastanowię się”- pada odpowiedź. Za chwilę słyszę opinię- „babcia chyba oszalała. To kompletna masakra”.

Zosia o półtora roku młodsza chce we wszystkim dorównać starszej siostrze i robi to co ona. Marysia skacze na batucie – ona też! Rysuje- a jakże też, czemu nie. Szybko rośnie i zaraz nie będzie wiadomo która siostra jest starsza.
Najmłodsza Weronika świeżo ochrzczona więc dużych osiągnięć jeszcze nie ma ale ciągle się śmieje. Pójdzie w ślady starszych sióstr.

piątek, 21 września 2012

nic trudnego

Życie zawodowe – ponad 40 lat ostatecznie, odcisnęło jakoś swoje piętno. Dużą cześć przepracowałem w projektowaniu, i to i w Polsce i za granicą, ostatnie 20 lat to głównie w Project Managemencie, ale np. w Libii rok w nadzorze. I to w warunkach nie rozpieszczających nikogo. Toteż gdy teraz zdarzają się propozycje nadzorowania czegoś tam jest to kaszka z mlekiem. W projektowaniu- w Prochemie przeszedłem drogę od asystenta po starszego projektanta, ale np. w Algierii pracowałem w biurze urbanistycznym. Roboty różne- nowobudowane osiedla i restrukturyzacja starych zabytkowych dzielnic. No i czasami trafiały się różne niespodzianki. Ale dla chcącego nie ma nic trudnego.
A tym bardziej dla polskiego inżyniera. Bolanda czyli Polska- to słowo budziło sympatię, a „Mohandes”- czyli inżynier- tu dodatkowo budziło szacunek. I przeświadczenie że polski inżynier może wszystko. W Algierii pracowałem w „service VRD”- czyli drogi (Voirie) i sieci (Reseaux Divers), a jako szef ekipy musiałem znać się oczywiście na wszystkim.

Pewnego razu przychodzi do mnie sam Dyrektor i oznajmia że zrobię projekt regulacji rzeki koło Guelmy. Daje mi do pomocy asystenta i dwa tygodnie czasu(!!) bo zbliża się pora deszczowa. I mam oczywiście dać wszelkie materiały do „appel d’offre” czyli materiałów przetargowych. Taki projekt wykonują specjalistyczne biura hydrologiczne i melioracyjne przez kilka miesięcy. Może w Polsce ale nie tu!
Nauczyłem się szybciutko od drogowców zasad robienia przekrojów i obliczeń bilansu mas ziemnych. Niezbyt trudne ale niezwykle pracochłonne. Ale przecie mamy świeżo zakupiony komputer IBM. Trzeba go jeszcze zaprogramować w określonym języku. Na szczęście tym językiem okazał się dość nieskomplikowany „Basic” więc zrobienie schematu blokowego i napisanie programu dla polskiego inżyniera nie było zadaniem ponad siły.

Ale po pierwsze- wizyta w terenie. Obejrzałem urocze rozlewisko o powierzchni kilku hektarów, ale szczęśliwie dostrzegłem szczątki koryta rzeki – wlot i wylot- które to moi geodeci zręcznie pomierzyli. Wyszarpałem też z „Direction d’hydraulique” dane dotyczące przepływów i opadów. Mapy też oczywiście dostarczyli.

Zrobienie obliczeń metodą „wstecz” to już fraszka. Metoda ta oczywiście polega na takim balansowaniu współczynnikami i danymi aby otrzymać pożądany wynik. A obliczenia hydrauliczne bazują w dużej mierze na współczynnikach dobieranych „par experience”. A experience miałem.


Oszczędzę szczegółów, dość że powiem że po dwóch tygodniach projekt został zrobiony. I – co więcej- przyjęty (jako rzecz całkowicie normalna) do realizacji.
Nic trudnego.

poniedziałek, 17 września 2012

układ


Granda i tyle. Bo czy można kibicom zabronić oglądania meczów reprezentacji Polski? Całe życie myślałem że nie. Jak widać myliłem się. Chcieliśmy z młodym obejrzeć mecz z Czarnogórą ale bandyckie metody – opłata za oglądanie- wyraźnie do tego zniechęcały. Tak nas jak i innych kibiców. Ale są inne metody.

Wynaleźliśmy niedaleko na Bemowie fajny bar z ekranem (!) i grupką kibiców- normalnych nie chuliganów czy kiboli- i obejrzeliśmy mecz. Atmosfera bardzo fajna, na pewno bardziej sprzyjająca integracji niż oglądanie w domu. A że sam mecz trzymał w napięciu do ostatniej minuty- wyszliśmy zadowoleni. Na następny mecz też idziemy.



Najbardziej zadowoleni to chyba byli właściciele barów, pubów i inni restauratorzy. No bo ono zarobili w skali kraju nieporównywalnie więcej niż Związek na kartach które wykupiło ponoć tylko 50 tys ludzi.
I- rzekłbym- o 50 tys za dużo!

Zawiodłem się tylko bo nie usłyszałem (a może niedokładnie słuchałem) typowej dla pana Prezesa (lub kogoś z jego świty) insynuacji że to był celowy układ. Układ Tuska z restauratorami.