czwartek, 23 kwietnia 2015

GO

E.Lasker: jeżeli szachy są królem gier, to GO jest z pewnością ich cesarzem
Nasz Związek Brydżowy ma wreszcie (po pół wieku) siedzibę. Powstało Centrum Gier Umysłowych. I kiedyś, po zebraniu brydżowym patrzę- a tu znajome twarze. Poznaję chłopaków, z którymi kiedyś grałem w GO (taka staro japońska, bardzo trudna gra planszowa). Odbywa się finał mistrzostw Polski, a startuje kilku moich znajomych z dawnych lat.

Ale wtedy to ja byłem reprezentantem Polski, a oni dopiero się uczyli. Dziś są Mistrzami z tytułami 5-6 DAN. W równej walce nie miałbym z nimi żadnych szans, ale w grach towarzyskich w GO przewiduje się handicap. Mimo mojego marnego rankingu (ca. 5 kyu), na handicapach nie jestem bez szans. Teraz Mistrz Polski dał mi 9 pionów handicapu i gdy przegrał- zaprosił mnie w niedzielę na najbliższy turniej handicapowy. Myślę sobie- w niedzielę rano, będę miał dylemat: czy słuchać, jak zwykle z uwielbieniem, Ojca Dyrektora, czy pójść na turniej GO? Rydzykowne pytanie, a nuż zostanę ex komunikowany za oddawanie się pogańskim praktykom?
Dla kurażu wyjąłem z szafy puchar z Mistrzostw Warszawy i Mazowsza by się ponapawać. Co to, kiedyś mogłem, a teraz nie?? No i poszedłem na pierwszy (po latach wielu) turniej GO. Poszło nadspodziewanie dobrze- wygrałem 5 partii z 6. Postanowiłem wystartować w cyklu Grand Prix. Idzie dobrze, trzymajcie kciuki, po połowie cyklu jestem na 2 miejscu. Potrzebny fart (po to te kciuki) i dobra gra! Tu mogę już tylko ja.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Skleroza a pamięć


W dawno minionych czasach PRL-u wyjazd i gra zawodnika w zagranicznej lidze był rzadkością. Odbywało się to zwykle bez zgody władz (za Gomułki) lub czasami z przyzwoleniem (za Gierka). Ale start zagranicznych zawodników w polskiej drużynie?? To nie mieściło się w głowie. Wraz z transformacją weszły i nowe obyczaje i zaczęliśmy oglądać gwiazdy, nierzadko światowego formatu, występujące w polskich klubach. Najaktywniejsi zrazu byli żużlowcy, by rozprzestrzenić te zarazę na wszystkie, bez mała, dyscypliny. Polski brydż ma wysoką pozycję w świecie, stąd nasi czołowi zawodnicy często wynajmowani są przez sponsorów. Ale i tu nagle czołowa włoska para Mistrzów Świata zasiliła jedną polską drużynę. Widać kasy mamy coraz więcej.
Moja drużyna miała ten zaszczyt, że na ważny mecz zdesperowani przeciwnicy ściągnęli z Niemiec Toma- reprezentanta tego kraju. Losów meczu on nie odwrócił, ale dał okazję do poćwiczenia pamięci. Mecz w toku, idzie zażarta (choć w przyjacielskiej atmosferze) walka na noże. Nagle Tom pyta mnie czy pamiętam go (jak przeciwnika) z Mistrzostw Europy 1999! Wygrałeś takie cienkie 6 karo- dodaje. Wytężam pamięć jak mogę, i coś niewyraźnie mi się jarzy. Z niepewną miną potwierdzam i dodaję: wiesz czym się różnimy (oprócz wieku)? Ty masz pamięć, ja- sklerozę.
Pewno to prawda, choć wynik meczu tego nie potwierdził.

wtorek, 31 marca 2015

Cierp ciało


W moim macierzystym Związku (brydżowym oczywiście) właśnie skończył kadencję stary Zarząd. I trzeba wybrać nowy. I dodatkowe ciało zwane komisją rewizyjną.
Zgodziłem się kandydować i, ku ogólnemu zaskoczeniu (a najbardziej mojemu)- zostałem wybrany. Miałem dużo wolnego czasu (tzn. tylko teoretycznie)- już mam go mniej. Komisja rewizyjna musi się co poniektórym narazić, więc wystawiłem na ciężką próbę moje, z reguły dobre, relacje międzyludzkie. Dobrą opinię też narażam na szwank. I po co mi to było? Sprawdza się powiedzenie ludowe: cierp ciało jeśliś chciało. A ja i tak cierpię dolę okrutną.

sobota, 14 marca 2015

Brok


- Co za brokuł?- nie dosłyszałem
- Jedziemy do Broku na wczasy brydżowe- skorygował mnie kolega, pojedziecie z nami? Łajnot, czyli pur kłapa? Brok blisko, okolica ładna. Wczasy brydżowe takie w zasadzie dla wszystkich- turnieje oficjalnie organizowane przez PZBS, ale poziom wczasowy. Od przyjezdnych spod Pułtuska po arcymistrzów.
I fajnie. I atmosfera wyśmienita.
Pod nosem lasy grzybowe i Bug. Można robić wspaniałe wycieczki a po powrocie usiąść do stolika. Jeden turniej po obiedzie, drugi po wczesnej kolacji. A wieczorem spotkania towarzysko- muzyczne (było gitarzystów trzech!), gdzie to uwidoczniły się ukryte talenty. Na następne takie wczasy też chyba pojedziemy.

czwartek, 5 marca 2015

Maciej Kot

Z tym wolnym czasem na emeryturze nie należy przesadzać, bo inni niecnie to wykorzystują, rzekomo po to, by cię czymś zająć.
Boli mnie ząb, zapisałem się więc do dentysty. Aby ulżyć moim cierpieniom, wpadła sąsiadka z nowym lokatorem. – Przedstawiam ci Macieja kota, fascynujący z niego facet. Ale wylatuje mleczny ząb i strasznie się, biedaczysko, męczy. – poinformowała mnie. - Może trzeba będzie go wyrwać. Umówiłam się wstępnie z Jackiem (nasz znajomy weterynarz). Siedzisz w domu, nie? – Potwierdziłem – To rzuć od czasu do czasu okiem co z Maciejem. Przy okazji może przytniemy mu pazurki. No to pa, lecę do pracy.
Zostałem sam, i nagle, ku memu zaskoczeniu widzę, że ząb Maciejowi jednak wypadł. Sam. Ucieszyłem się. Aż tu dzwoni telefon.
- dzień dobry mówię z gabinetu dentystycznego chciałam potwierdzić wizytę dziś na godz. 17 – mówi sympatyczny damski głos
- dzień dobry, - odpowiadam – ale to chyba nieaktualne – dodaję.
Pani chyba nie zrozumiała, bo drąży temat
- to odwołuje pan dzisiejsza wizytę?
Tak! – potwierdzam- Nie ma sensu, bo ząb sam wypadł.
Panią z lekka zamurowało, więc aby jej nie robić przykrości, proponuję:
- wpadniemy może tylko, aby z lekka podheblować pazurki
Moja interlokutorka wykazała się refleksem

Wie pan- mówi kokieteryjnie- moje pazurki są w niezłym stanie, ale jeśli potem je pan znów pomaluje?
Jedyny lakier jaki miałem w domu to samochodowy do zaprawek. Propozycję, z bólem serca, musiałem zatem odrzucić.
A kot, zadowolony że ominęło go rwanie- wyparował. Patrzę, a on wygrzewa się w słonku na czarnym dachu mego samochodu. Koty to mają dobrze, nawet pazurków lakierować nie muszą.

wtorek, 24 lutego 2015

Kosmiczna harmonia


Wracam z wnukiem ze szkoły i, jak zwykle, przepytuję go co tam się dziś zdarzyło.
Mam dwie wiadomości, dobrą i złą- mówi
Dobra: dostałem czwórkę.
A ta gorsza? W dwóch ratach.
Wracam do domu, a tu w skrzynce mail od mojego przyjaciela Przemka.
Też ma dla mnie dwie wiadomości. Dobra to taka- pisze- że wyszła wreszcie książka Świacia o Kosmicznej Harmonii Wszechświata. A ta zła?- tylko po angielsku!
Niedawno zdarzyło mi się recenzować (opiniować) pracę znakomitego profesora filozofii (dla przyjaciół- Świacio). Cóż takiego ta „Kosmiczna Harmonia”? Otóż wszelkie odległości między planetami, można przełożyć na częstotliwości (Hz), czyli wysokości dźwięków. Te z kolei, razem brzmią ładnie albo brzydko. Świacio (przepraszam-Pan Profesor) udowadnia, że ładnie. I udowadnia to na 300 stronach tego dzieła. Ja byłem jednym z recenzentów, jako że:
- W miarę orientuje się tak w matematyce, jak w muzyce.
- A przede wszystkim znam autora osobiście. I to chyba przeważyło

Dowód idzie taką drogą, że po nocach śnił mi się Graucho Marx. Dodatkowym motywem do tej zabawy intelektualnej było żonglowanie po 3 różnych skalach muzycznych. Ten sam dźwięk w jednej skali, np. „alikwotowej”, ma inną wysokość (częstotliwość w Hz) niż w „równomiernie temperowanej” – jak u Bacha. „Komat pitagorejski” i mnóstwo innych sprzeczności dodatkowo „ułatwiało” pracę.
Ogólnie rzecz biorąc całe opracowanie jest niestrawne dla przeciętnego człowieka. Tylko dla szaleńca i to nawiedzonego. Ale tacy z reguły władają angielskim.
Może więc dobrze że nie ma polskiej wersji.

wtorek, 10 lutego 2015

ikony

Zapraszam was na wernisaż moich ikon- powiedziała Krysia Milanowska.
Będzie też i koncert, przyjedźcie koniecznie. Pojechaliśmy. Ikony, jak się dowiedziałem, nie są malowane. Nie jest to też i grafika, więc co? Ikony się pisze!!. Taka nomenklatura. Nazw technik malowania (przepraszam- pisania) nie będę przytaczał, bo to za skomplikowane. Ale końcowy efekt olśniewający.

A koncert? No, bardziej taki dla wszystkich, nie dla koneserów muzyki. Melodie srebrnego ekranu. Wśród innych znalazła się i muzyka do filmu „Pianista” Wojciecha Kilara. Co za muzyka- ktoś powie- przecież to muzyka Chopina wrzucona do filmu, i tyle. Niekoniecznie. Jest i ścieżka dźwiękowa samego Kilara.
Olbrzymimi atutem filmu jest też fantastyczny dobór muzyki Chopina, a to olbrzymia sztuka. Jest taka scena, gdzie nasz bohater ukrywa się w domu, na górze, a na dole stacjonuje sztab niemiecki. Odnajduje go przypadkowo Niemiec, przepytuje go kto zacz i usłyszawszy odpowiedź że rozmawia pianistą, prosi o zagranie czegoś. Pamiętamy, jest wojna, patriotyzm może nas drogo kosztować. I tu Szpilman w swoich pamiętnikach pisze, że zagrał wtedy nokturn cis-moll Chopina.
Żaden tam Beethoven czy Mozart. Chopin!! Ale nokturn, czyli „muzyka nocna” nie pasuje. Tego zdania był Kilar, bo sp0d palców Olejniczaka spłynęła Ballada g-moll.
Ballada ma to do siebie, że zaczyna niemrawo i w trakcie się rozpędza. I tak było, pianista zrazu nierozgrzany, nabiera wigoru i kończy efektownym finałem. Ballada, choć poszatkowana nieco na potrzeby filmu, wpasowała się w tę scenę idealnie. I na tym, na takim doborze (oprócz własnej ścieżki dźwiękowej) też polega wielkość i geniusz Kilara.