poniedziałek, 25 czerwca 2018

SKIS

SKIS to nie żarty - to nie narty

Dostałem zaproszenie na Spotkania Kulturalne i Sztuczne. Wystosował je niestrudzony działacz na niwach różnych, tym razem kultury – Wojtek Szymańczuk. Wraz z żoną Anią podjęli się rzeczy prawie niemożliwej (w dzisiejszych czasach) – integracji kulturalnej różnych środowisk. A więc – spotkania z ciekawymi postaciami ze świata muzyki, literatury etc. Profi i amatorzy, kto tylko słucha, i ten kto tworzy. Bez podziałów.
Na pierwszy ogień poszedł Piotr Michnikowski – syn legendarnego przecież Wiesława. Sam śpiewał przy gitarze swoje piosenki, teksty przypominające klimatem Jeremiego Przyborę. A że formuła spotkania bardzo różna – i dla mnie znalazło się miejsce przy klawiaturze fortepianu. Dobrze że się odważyłem, i zostałem życzliwie przyjęty. Pierwszy i ostatni, być może, raz, bo Wojtek już myśli o zaproszeniu finalisty Konkursu Chopinowskiego!
Wieczór autorski Jerzego Smolińskiego. Jego wiersze mają taki klimat że aż proszą się o muzykę. Gdy natarczywie przedstawiałem swój punkt widzenia, Autor zgodził się ze mną i (być może an odczepnego) rzucił: to zaproponuj coś! Dwa razy nie trzeba mnie prosić. Napisałem muzykę i sam to wykonałem! Entuzjastyczne przyjęcie (w tym przez samego Autora) skłoniło mnie do zaprezentowania w internecie. Recenzje bardzo dobre, że aż strach się bać!!

sobota, 23 grudnia 2017

Kajam się

Kajam się
Skleroza nie wybiera, wali równo. Mnie też się dostało, gdy zapomniałem o imieninach (co za wstyd) mojego starego przyjaciela. Aby to naprawić – wysłałem mu taki wierszyk.

Wstaję wesoły rano z pościeli,
Żonka także samo się weseli
I smaży jaja, szczęście wokoło,
Gdy wtem myśl taka trafia mnie w czoło:
Czy my o Dzidku nie zapomnieli?

I mu nie złorzeczyli???
Nastrój pryska w jednej chwili,
Patelnia wypada jej z ręki,
Nie cieszą mnie już jej wdzięki!
(Nawet gdy kusząco się pochyli).

Nie złożyłem życzeń, więc się kajam.
Smażonego na szynce jajka jam
Niegodny i pójdę do piekła,
By ta skucha mi się nie upiekła
I nawet karę swą podwajam.

Alem coraz starszy i nie gwarantuję,
(Choć bardzo nad tym pracuję)
Że za rok zachowam się godnie.
Przypominaj mi więc co dwa tygodnie,
To i niespodziankę przygotuję...

piątek, 24 listopada 2017

Lanzarote

Najbardziej fascynująca z Wysp Kanaryjskich – Lanzarote. Park Narodowey Timanfaya jest na liście UNESCO nie po to, by teraz dawać go zadeptać. Wjazd na „drogę wulkanów” tylko autokarami w zorganizowanych grupach. Wjeżdżamy na samą górę, skąd rozpościerają się widoki na kratery wulkanów.
Niedowiarki mówią, że sceny (ponoć na żywo) ze zdobycia księżyca, były nadawane stąd!! W autokarze, z głośników słyszymy ciekawe komentarze na tle wspaniale dobranej muzyki (Requiem Mozarta), potęgującej wrażenie.
A wszędzie, gdzie się ruszymy widać rękę Cazarego Manrique. Genialny architekt, polityk i działacz, doprowadził mi.in. do porządku architektonicznego. Nie ma wieżowców, dużych centrów handlowych, a przede wszystkim reklam, szpecących krajobraz. Domki są parterowe lub jednopiętrowe, pomalowane na biało.
Co krok widać też jego prace, jak np. pomniki „żywe” (na wiatr) czy statyczne jak „pomnik wieśniaka”. W grotach „jameos del agua” zaprojektował amfiteatr z taką niepowtarzalną akustyką, że Stańko już nie musi lecieć do Indii, by w jaskiniach Karla Caves nagrać kolejną płytę.
W drodze powrotnej przystanek w kawiarence na wyśmienitą kawę z rumem. Jedna z pań nic nie zamawia, informując z wyższością, że nie będzie płacić za kawę (1 Euro), bo ma przecież „All excuse me”. Druga nie chce być gorsza i zamawia: Kava, proszę. Mieliśmy uciechę, gdy kelner przyniósł szampana. Mina pani – bezcenna.
Przez lata głównym przedmiotem polowania ( z tchórzofretkami) były króliki. Stąd tubylcy nazywani są „Conejeros” (conejo- królik). Radzę nie pomylić z „cojoneros”.
Sami już robimy wycieczki po wyspie. Wjeżdżamy na najwyższe punkty wyspy z wulkanem Corona, i cudownym widokiem na wysepkę Graciosa. Zjeżdżamy do wioski przylepionej do morza – Punta Mujeres. Domy dotykające do Oceanu są często zalewane. Na jednym z nich zobaczyliśmy zadziwiające rękodzieło – podwyższenie komina o metr. Okazało się, że w czasie sztormów woda tak szaleje, że wlewała im się przez komin.
W zatoce surferów podziwiamy dwumetrowe fale. Kąpieli nie ryzykowaliśmy. Za to kąpiemy się chętnie na naszej plaży w Puerto del Carmen. To już trzecia nasz pobyt w tym regionie, i nie ostatni.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Jak przypadek wpływa na historię.

Jak przypadek wpływa na historię.

Przez lata nurtowało mnie pytanie: dlaczego hymn USA jest tak koślawy?! Dlaczego w połowie zwrotki ktoś (?kto?) zgubił rytm i niezdarnie to załatał? Nie dawało mi to spokoju i dotarłem do źródła - ów hymn pochodzi od starej pieśni pijackiej „Anakreont w niebie”. Ów Anakreont był znanym rozpustnikiem i sybarytą. Znając genezę, wyjaśnienie wydaje się prostsze. Ktoś w pijackim upojeniu pomylił się, a reszta za nim. I tak zostało.


Przypadek? Takich jest więcej. Np. podczas balu dworskiego, jedna z dam zgubiła podwiązkę. Śmichy-chichy szybko uciszył sam król. Z komentarzem „Hańba temu, kto źle o tym myśli ” zawiązał ja na własnej nodze. I ustanowił Order Podwiązki.
Inny monarcha, tym razem angielski, miał zwyczaj chodzić na ryby i na mokradła. Aby uchronić spodnie przed brudem i wilgocią, podwijał je. Inni modnisie to podchwycili. I tak powstały mankiety.

środa, 28 czerwca 2017

muzykowanie



No i poszły konie po bekonie. Mamy z moim kolegą Wróblem podobne zainteresowania i gusta muzyczne. Takoż i praktykujemy. Tyle że on metodycznie, bierze lekcje gitary u profesjonalnego jazzmana. Jak gram na klawiszach, z głowy, ale jakoś się to klei. Od Beatlesów po standardy. Do tego mniej lub bardziej udany wokal. Niektórym się to nawet podoba. Ostatnio posłuchała nas Kasia. Z wykształcenie muzyk, gra na klarnecie. Z powołania poetka. Autorka kilku pięknych tekstów, do których Wróbel skomponował muzykę. A ja cosik śpiewam.

No i uwaga: tak to wszystko ładnie idzie, że Kasia myśli na serio o wydaniu płyty!
Na którymś tam kolejnym spotkaniu, klarnecistka opowiada, że muzycy grający na instrumentach dętych znają trudną technikę. Aby grać bez przerw, stosują tzw „oddech permanentny”. Wyrażenie nietuzinkowe i wykonany przeze mnie ad hoc utwór „lubię twój smętny oddech permanentny..” porwał zgromadzoną (nieliczną) publikę. Ma wejść na płytę i wszelkie szanse, by stać się hitem.
PS. Mamy już umówione profesjonalne studio nagraniowe !!
Przygotowujemy nagranie płyty. Ale póki co…
Jeździmy ma wczasy brydżowe, gdzie to chętnie produkujemy się muzycznie. Nie tylko standardy ale i nasze własne kompozycje. Ale towarzystwu brydżowemu to nie wystarcza. Zaczęto się domagać, byśmy stworzyli popularną piosenkę brydżystów, coś na kształt hymnu. Czemu nie. Do melodii Wróbla, napisaliśmy z Ewelinką słowa. HIT!!
Tu są linki do u -tuba
https://youtu.be/JG0IxqSc7N8
http://www.wczasybrydzowe.pl/content/piosenka-brydzowa

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Zanzibar, czyli „ze sztambucha leniucha”


Na emeryturze podróże małe i duże. Raczej średnie.
Dotarliśmy do strefy podzwrotnikowej, a od dalszych podróży odstrasza długi i męczący lot samolotem. Już te 6 godzin na Kanary to sporo. Ale 11 godzin by obejrzeć Machu Picchu, czy Galapagos? Ale są przecie airbusy i inne takie. Luz, komfort, 8 godzin lotu to mniej niż 6 normalnym samolotem. Więc może by tak myknąć się dalej i postawić nogę na półkuli południowej? Rzut oka na globus wskazuje na Zanzibar.
Opowieści sławią wspaniałe turkusowe wody Oceanu Indyjskiego i cudowne piaszczyste plaże. Można zetknąć się z legendarnymi Masajami. Jednym słowem odlecieć w inny świat. No a język? Angielski to żadne wyzwanie. Zawsze staram się poznać choćby podstawy języka lokalnego. Na szczęście okazuje się, że suahili ma sporo wspólnego z arabskim, który trochę znam. Oddycham z ulgą, ale i tak się dokształcam.

No i wreszcie. Nasz Jumbo Jet dowiózł nas komfortowo na wyspę, a lokalny kierowca, jadąc lewą stroną, - do wioski murzyńskiej. Z wszelkimi udogodnieniami cywilizacji, ale wioski, nie hotelu 5*. Witają nas od progu wdzięcznym „Jambo”. Jet - odpowiadam machinalnie, ale okazuje się że to tutaj popularne przywitanie. Słychać je wszędzie, obok, królującego niepodzielnie, ”hakuna matata”, oraz „pole pole”, czyli powoli.
Sama lokalizacja bajeczna – wioska leży na samym brzegu oceanu, w tropikalnym ogrodzie. Bryza od oceanu sprawia, że temperatury praktycznie nie czuć, a wieczorami nawet ożywczy chłodek. Kąpiel w Oceanie Indyjskim (temperatura wody ok. 30°C), mojito, sjesta pod palmami i żyć nie umierać. Kuchnia daleka od europejskiej (choć są też „normalne” dania), ale wspaniała. Mnie najbardziej smakowały ośmiornice.
Wieczorami występki zespołów muzycznych, króluje tu zanzibarski hit - Jambo. Są, a jakże, pokazy tańców Masajów. Jak się okazuje, polegają one głównie na rytmicznych skłonach i podskakiwaniu. Zwizytowaliśmy też miejscową szkołę, trafiliśmy akurat na egzaminy. Obeznany z miejscowymi obyczajami, nie zdziwiłem się, widząc że połowa uczniów śpi!
Mieszkańcy Zanzibaru są niesłychanie pogodni i umieją się cieszyć. Raz przy kolacji trafiliśmy na show. Kelnerka wniosła tort, za nią reszta kelnerów okrążyła salę tańcząc i śpiewając „Jambo”. Dotarli wreszcie do delikwenta – miał urodziny – i cała sala odśpiewała mu : Happy birthday.

Zanzibar kojarzy się z handlem niewolnikami i przyprawami. Nie omieszkaliśmy zatem odwiedzić stolicy –Stone Town ze słynnym targiem niewolników. Muzeum w Pałacu Sułtana zachwyca, a najbardziej luksusowy czarny Austin , który służył ostatniemu sułtanowi.
Trzeba pojechać na Prison Island, choć więźniów już nie ma a wyspa zmieniła lokatorów. Żyją tam olbrzymie żółwie (znane z Galapagos), najstarszy ma 192 lata.
Ostatnia wieczerza- jutro wyjeżdżamy. Żegnając się, kelnerka dodaje dobrze wyuczone zdanie;
„dobra dobra zupa z bobra”

niedziela, 31 lipca 2016

grać w Filharmonii

Grałem w Filharmonii
Serio. Nie tak jak mój kolega, który chwalił się, że wykłada na UW. Wykładał posadzki (terrakotą). Ale ja grałem naprawdę, i to nie raz!

Pierwszy raz - w zamierzchłych czasach na balu w Filharmonii. Podczas przerwy, gdy zespół grający do tańca, poszedł coś zjeść, usiadłem do fortepianu, by sobie pobrzdąkać. Taką łatwą muzyczkę, jaką wtedy śpiewali Cliff Richard lub Billy Fury. Sali widocznie się spodobało bo, zrazu nieśmiało, potem zaś już tłumnie zaczęli wychodzić na parkiet.

Drugi raz - bardzo dawno temu. Do Polski przyjechał Jose Maria Feghali – wschodząca gwiazda południowoamerykańskiej pianistyki. Znawcy muzyki z niecierpliwością czekali na koncerty następcy Marty Argerich czy Arturo Moreiro Limy. Ja współpracowałem wonczas z Pagartem, i zostałem jego opiekunem i przewodnikiem. Publiczność i krytycy nie zawiedli się – po pierwszym koncercie standing ovation i gratulacje takich znawców, jak Weber czy Paleczny.
Przed drugim warszawskim koncertem Feghali już zrelaksowany i rozluźniony. Recenzje wręcz entuzjastyczne, jutro wyjeżdża i teraz pokaże jeszcze lepszą formę. W pokoju prób w filharmonii, luźno i swobodnie, gra Fantazję f-moll Chopina a ja siedząc koło fortepianu bębnię sobie palcami do rytmu. W pewnej chwili przerywa grę i pyta mnie, czy też gram na fortepianie.
Gram, to za dużo powiedziane- mówię.
Siadaj! - on na to, i robi mi koło siebie miejsce. - Co gramy?
Usiadłem. Cholera, coś łatwego i najchętniej w łatwej tonacji… I pod palce sama weszła druga rapsodia Liszta – lekka łatwa (?!) i przyjemna.
Jose natychmiast podchwycił temat. Ktoś nam zrobił zdjęcie.
Teraz Jose Maria Feghali jest znanym na świecie pianistą. A zdjęcie mam w albumie.

Trzeci raz - dawno temu podczas konkursu Chopinowskiego. W przerwie natykam się na spieszącego gdzieś stroiciela.
Gdzie pędzisz? – zagajam. - Na strychu – odpowiada. - Lecę, bo muszę podciągnąć cis w drugiej oktawie, słyszałeś jak się opuściło? Jasne że słyszałem (?!wężykiem!). Wchodzimy na estradę. Dostroił owe „cis”, przy okazji kilka innych. Spróbuj- mówi. Zagrałem akord A-dur. Gra. Klika nut z walca cis- moll - tys piknie. Wstaję od fortepianu dumny. Grałem w Sali Koncertowej!

Czwarty raz- całkiem niedawno. Maestro Kord prowadzi próbę symfonii Dvoraka, a ja siedzę w pierwszym rzędzie wśród nielicznych frajerów, co to chodzą na próby w niedzielę rano. Próba idzie sennie, aż tu perkusista po znaku dyrygenta że ma uderzyć w triangle (trójkąt) – nie trafia. Trójkąt mały, a muzyk jeszcze wczorajszy po imieninach Jadzi. Dyrygent wkurzył się nie na żarty. Co jest do cholery! - wrzasnął - Toż to potrafi każdy idiota, ot, choćby ten! - Tu wykonał nieokreślony ruch ręką. Byłem najbliżej więc trafiło na mnie. Wszedłem na estradę, Kord w odpowiedniej chwili dał znak, trafiłem w trójkąt!. Znaczy to że grałem i w Orkiestrze Filharmonii!!